„100 dziwnych przygód Jacka i Wacka” oraz inne „prawie komiksy”

Jest pytanie, które bywa często zadawane „komiksiarzom” niezależnie od tego czy są twórcami, czy tylko czytelnikami, czy także zbieraczami komiksów. W rozmaitych permutacjach brzmi ono tak: Twój pierwszy komiks, jaki poznałeś, jaki przeczytałeś, jaki rozpoczął Twoją kolekcję, itp.?

Zadałem sobie to pytanie i mój „twardy dysk” wyrzucił kilka tytułów.
Przedstawię je wszystkie, ponieważ dzisiaj jest mi trudno zdecydować, która z tych publikacji znalazła się w moim posiadaniu jako pierwsza. Jednego jestem pewien. Było to jeszcze przed otrzymaniem pierwszych albumów pary Makuszyński i Walentynowicz, że o komiksach Papcia Chmiela, które „przyszły” do mnie jeszcze później, nie wspomnę.

Nazwałem je „prawie komiksami”, ponieważ myślę, że ich autorzy mieli zamiar stworzenia bajek z ilustracjami a nie komiksów. Jednak liczba rysunków i włączenie ich do narracji spowodowało to, że rysunki przestały być tylko ilustracjami do tekstu, ale stały się jego uzupełnieniem, a nawet równorzędnym narzędziem prowadzenia opowieści. To nasuwa bezpośrednie skojarzenie z komiksem.

Zacznę od serii bajeczek „Poczytaj mi mamo”. W pudełku gdzie je przechowuję znalazłem kilka, które śmiało mogę nazwać „prawie komiksami”. Dostałem je będąc jeszcze w przedszkolu. Bez wątpienia były to moje pierwsze komiksy:
– „O lali, smutku i kogutku” – Helena Bechlerowa tekst, Maria Mackiewicz rysunki; rok wyd. 1961
– „Promyczek” – Bimali, Horska; rok wyd. 1962
– „Podróż słonia” – Janusz Jurjewicz; rok wyd. 1961
Wszystkie zostały wydane przez Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”.

Następnie otrzymałem, niestety tylko drugą część, „100 dziwnych przygód Jacka i Wacka” autorstwa Bogdana Brzezińskiego z rysunkami Charlie. Tę publikacje firmowało Biuro Wydawnicze „RUCH” w roku 1961.

Na koniec, ciekawostka. Obowiązujący w pierwszej i drugiej klasie podstawówki (lata 1965/1966), jeden z moich podręczników do języka polskiego noszący tytuł „Pierwsza Czytanka” zawierał kilkanaście krótkich komiksów.
Autorką opracowania podręcznika, wykorzystującego teksty wielu autorów, była Irena Słońska a rysunki wykonali Hanna Czajkowska i Witold Popławski. Wydawcą były Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych. Rok wydania to 1965.

Bez wdawania się w szczegóły, zapraszam do obejrzenia okładek i przykładowych stron wyżej wymienionych publikacji.

“Orient Men” Tadeusza Baranowskiego w języku angielskim w App Store


Kilka dni temu, do sprzedaży w App Store trafiła angielskojęzyczna wersja komiksu Tadeusza Baranowskiego „Orient Men”. Przekładu z języka polskiego dokonał niżej podpisany.

Teraz możemy tego klasyka polskiego komiksu polecić tym z naszych znajomych na Świecie, dla których język polski jest barierą nie do pokonania.

Strona z komiksem znajduje się tutaj.

Andrzej Baron

Zaszufladkowano do kategorii Newsy

Star Wars – Battle of the Bounty Hunters

Ciekawostka dla fanów Gwiezdnych Wojen oraz dla zbieraczy nietypowych publikacji komiksowych.

Według wydawcy, jest to pierwszy komiks wydany w całości w formacie pop-up. Został narysowany przez Christophera Moellera do scenariusza Rydera Windhama i opublikowany w 1996 roku przez Dark Horse Comics. Opowiada on o tym, w jakich okolicznościach Boba Fett dostarczył Jabbie zamrożonego w karbonicie Hana Solo i…


… i niech moc będzie z wami.

Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů

W roku 1972, jeden z moich kolegów w liceum przywiózł z wakacji dwa, a może trzy, numery czechosłowackiego tygodnika „Mladý svět”, w którym drukowane były odcinki komiksu „Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů”. Znajdujące się tam charakterystyczne rysunki od razu skojarzyłem ze wstawkami komiksowymi w czechosłowackich komediach filmowych, które w Polsce emitowane były pod tytułami „Kto chce zabić Jessi” oraz „Trup w każdej szafie”. Autorem tych rysunkowych wstawek był Kaja Saudek.
Rysunki Saudka zobaczyłem później (rok 1976) w drugim numerze magazynu „Relax”. Od tamtej pory wypatrywałem możliwości zdobycia komiksów rysowanych przez tego rysownika. Na przestrzeni lat udało mi się zdobyć ich kilka. Jednak w tym miejscu chcę przedstawić moją ostatnią zdobycz. Jest to zbiorcze wydanie przygód właśnie Lips Tulliana.

Tytuł komiksu „Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů” można przetłumaczyć jako „Lips Tullian, najbardziej wzbudzający respekt przywódca bandytów”. Jego autorami są scenarzysta Jaroslaw Weigel oraz rysownik Kaja Saudek. Komiks ukazywał się w odcinkach w czechosłowackim tygodniku „Mladý svět”. Fabuła komiksu oparta była o romantyczne przygody Gwidona z Felsu, które były publikowane w Czechach w końcu 19-tego wieku. Niemalże jak Janosik, Lips Tullian jawił się obrońcą biednych i uciśnionych gotowym do niesienia pomocy każdemu i w każdej sytuacji. Jednakże tak się składało, że najczęściej wybawianymi z rąk niegodziwców lub oprawców były piękne kobiety. Podteksty erotyczne i piękno kobiecego ciała, tak widoczne w wielu rysunkach Saudka, znalazły miejsce i tutaj. Komiks zdaje się być fabularnie naiwnym. Jednak bawi i to bardzo dzięki żartom rysunkowym oraz niuansom słownym, których niestety wobec braku znajomości języka czeskiego, nie jestem w stanie w pełni wychwycić i docenić, że o pełnym zrozumieniu dialogów komiksu nie wspomnę. Język czeski jest wprawdzie podobny do polskiego, ale w wielu sytuacjach tylko podobny. Chociaż, momentami może to być nawet dodatkowo rozbawiającym bonusem.

Nie wiedziałem o tym, ale mój przyjaciel „google” mi to podpowiedział, że przerwanie publikacji Lips Tulliana w grudniu 1972 spowodowane zostało zakazem cenzury. Kilka stron komiksu zostało dorysowanych później, w latach 1973 i 1974, pod tytułem „Cerny Filip”.

W roku 2010, wydawnictwo Plus z Pragi opublikowało zbiorcze wydanie wszystkich narysowanych stron komiksu. Jest to pięknie wydany, 120-stronicowy album w dużym (oryginalnym – jeżeli dobrze pamiętam) formacie magazynu „Mladý svět”. Plansze komiksu znajdują się na nieparzystych stronach albumu, a na parzystych umieszczono informację o miejscu i dacie publikacji każdej z nich.
Jest to wolumin, który stoi u mnie na półce pod tak zwaną ręką. Lubię do niego zaglądać nie tylko ze względu na grafikę. Czasami chociażby po to, by po raz kolejny spróbować „przeczytać” stronę lub dwie.

Bonanza

Lata 60-te dwudziestego wieku. Amerykański serial telewizyjny “Bonanza” podbił serca widzów na całym świecie. Wyprodukowany przez stację NBC odcinkowiec był westernem, który jako gatunek filmu był w tamtym czasie niezwykle popularny. Był to jednocześnie film obyczajowy, którego bohaterowie niezłomnie przestrzegali tradycyjnych zasad moralnych.
Akcja serialu toczyła się w latach po zakończeniu wojny secesyjnej, na rancho Ponderosa w stanie Nevada. Głównymi bohaterami byli Ben Cartwright oraz jego trzej synowie. Ben żenił się trzy razy. Każda z jego trzech żon zmarła wkrótce po urodzeniu dziecka. Samotny ojciec wychowywał swoich trzech synów Hosa, Adama i „Little” Joe wpajając im takie wartości jak rodzina, uczciwość i przyjaźń. Każdy z odcinków z reguły stanowił oddzielny epizod, w którym bohaterowie przeżywali liczne przygody i rozwiązywali rozmaite problemy.

Raz w tygodniu, w niedzielę, zasiadaliśmy przed telewizorami by śledzić kolejne przygody rodziny Cartwright’ów. Następnie, w przedszkolu, a później w szkole, odtwarzaliśmy te przygody w zabawie. Każdy chłopak chciał odgrywać rolę któregoś z bohaterów serialu. Na tym tle dochodziło do częstych sporów, w zależności od tego, który z synów Bena był odważniejszy lub przebieglejszy w ostatnim odcinku. Tylko jeden mógł odegrać jego rolę, a chcieli wszyscy.

W ślad za serialem, na podbój świata ruszyły komiksy. Ich wydawcą na rynku amerykańskim była firma DELL (5 zeszytów), a następnie Gold Key (37 zeszytów). Wydawcy ci specjalizowali się w produkcji komiksów na podstawie seriali telewizyjnych oraz filmów telewizyjnych i kinowych. Charakterystycznym dla tych komiksów było umieszczanie fotografii na ich okładkach.
To właśnie te okładki kusiły najbardziej. Zeszyty komiksowe „Bonanza” były publikowane niemal we wszystkich krajach zachodnich. Ale do polskich miłośników komiksu trafiały one przede wszystkim z … Polski. W latach 60-tych i 70-tych, polskie drukarnie realizowały druk komiksów na zlecenie wydawców z krajów Europy zachodniej. To z tych drukarni strużka komiksów – w językach szwedzkim, duńskim, niemieckim, angielskim czy holenderskim – wyciekała do ich polskich miłośników.

Nie skomplikowane historie zawarte w zeszytach „Bonanza” były sprawnie przedstawione w kadrach. Brak znajomości języka, w którym wydano komiks nie stanowił problemu w ich zrozumieniu.
Mając 8-10 lat jest się, z reguły, bezkrytycznym. Dodatkowo, niemal każda nowość jest dla dziecka zupełną nowością. Komiksy zeszytowe (i to z foto-okładkami) były taką zupełną nowością. Dlatego nie przeszkadzało to, że rysunki w tych komiksach były proste, czasem pokraczne, że narysowane postaci głównych bohaterów tylko nieznacznie przypominały ich oryginały. Najważniejszym było posiadanie publikacji z ulubionymi bohaterami, do tego przedstawionymi na zdjęciu na okładce.
Mając 50 lat z okładem można sobie pozwolić na bycie bezkrytycznym wobec swoich dziecięcych czy młodzieńczych wspomnień, szczególnie tych miłych. Ten bezkrytycyzm przejawia się w sentymencie, jaki czujemy wobec, na przykład, przedmiotów, które takie wspomnienia przywołują. W tym wypadku są to zeszyty serii komiksowej „Bonanza”.

London Super Comic Convention II

W dniach 23-24 lutego 2013, w Londynie, miałem okazję i frajdę uczestniczenia w drugiej edycji konwentu miłośników komiksu – London Super Comic Convention.

Mam nadzieję, że zainteresuje Was kilka moich luźnych informacji, wrażeń oraz zdjęć z udziału w tej imprezie.

Lokalizacja
Impreza odbyła się w centrum wystawienniczym ExCel London zlokalizowanym przy Royal Victoria Dock w „Docklands”. Miejsce to jest znakomicie skomunikowane poprzez sieć metra (w tym DLR, tj. Docklands Light Train) oraz drogi. Udający się na konwent metrem nie mogli przegapić właściwego przystanku, gdyż w odpowiednim czasie obsługa pociągu przekazywała informację o konwencie przez głośniki.

dwa powyższe zdjęcia pochodzą ze strony internetowej ExCel London

ExCel London jest dużym obiektem. Może się w nim odbywać kilka imprez jednocześnie. Tak było i w tym przypadku. Trafienie do odpowiedniej sali nie sprawiało jednak kłopotu, gdyż obsługa kompleksu ExCel była gotowa do udzielenia odpowiednich informacji/wskazówek. Poza tym, wejście do sali konwentowej zostało opatrzone widocznym z daleka oznakowaniem.

Plan sali zamieszczam poniżej. Pomoże to w zobrazowaniu moich dalszych komentarzy.

Klikając tutaj znajdziecie panoramiczne zdjęcie sali konwentowej.

Wejście
Wejście na imprezę było możliwe na podstawie przepustek jednodniowych (sobota lub niedziela), week-endowych oraz week-endowych z priorytetem wcześniejszego (30 minut) wejścia. Wraz z kilkudziesięcioma innymi osobami skorzystałem z tego ostatniego wariantu.
Po otworzeniu drzwi wszyscy skierowali się do rejonu, gdzie znajdowały się stoły, przy których już siedzieli (lub pojawili się chwilę później) wszyscy anonsowani goście konwentu (rysownicy i scenarzyści). Najdłuższe kolejki ustawiły się do J.Scott Campbell’a, Mike Choi, Briana Bolland’a, Johna Wagnera.

Autografy i rysunki
Zdobycie autografu ulubionego twórcy nie sprawiało żadnych problemów. Dowodem jest to, że w ciągu dwóch dni trwania imprezy otrzymałem autografy i/lub wpisy na komiksach od dwudziestu czterech twórców, czyli od około połowy przybyłych gości. Podobnie zdobycie rysunku od ulubionego rysownika lub nawet od kilku z nich nie sprawiało trudności. Wymagało to jedynie nieco więcej czasu i cierpliwości.
Uzyskanie autografu było możliwe na dwa sposoby. Po pierwsze, stając w kolejce do twórcy w części sali przeznaczonej dla twórców. Po drugie, stając w kolejce w rejonie autografów, gdzie w wyznaczonych godzinach odbywały się oficjalne sesje autografów ze z góry zapowiedzianymi twórcami.
W pierwszym wypadku należało liczyć się z dłuższym oczekiwaniem do rysowników, gdyż tutaj oprócz podpisywania komiksów wykonywali oni rysunki, o które prosili ich fani. Zdobycie rysunku wiązało się z uiszczeniem opłaty artyście. Najtańsze były czarno-białe wizerunki głów bohaterów komiksów, a najdroższe wizerunki całych postaci. Każdy z rysowników miał swój cennik wystawiony na stoliku. Można było również zamówić bardziej skomplikowany rysunek, nawet w kolorze, płacąc np. 200-300 funtów, i odebrać go od artysty pod koniec dnia imprezy lub na drugi dzień.

Jako jedyny, swoje duże stoisko miał Neal Adams. Można było na nim kupić oryginalne prace, portfolia, printy i kilka wydań jego komiksów w twardej oprawie. Także jako jedyny, artysta ten pobierał opłatę za autograf (10 GBP) oraz za zrobienie sobie z nim zdjęcia (20 GBP). Wyjątek robiony był dla tych, którzy dokonali zakupu na jego stoisku. Wtedy, podpis na zakupionych egzemplarzach składany był gratis.

Z każdym z twórców można było swobodnie porozmawiać na każdy temat.
Druga możliwość zdobycia autografów była podczas sesji autografów. Tam podpisywanie odbywało się sprawnie. Każdy mógł podać do podpisu maksymalnie dwa egzemplarze. Rysownicy nie wykonywali żadnych rysunków, a rozmowa z nimi ograniczana była do kilku słów. Pilnowali tego organizatorzy konwentu, a podczas podpisywania przez Briana Bollanda, porządku pilnowało dodatkowo trzech Judges.

W obu wypadkach nie było żadnej „głowy węża”, tj. tłumu napierającego na stolik, przy którym siedział twórca, żadnego wpychania się „na wydrę”, żadnej listy społecznej, żadnego przeskakiwania z kolejki do kolejki („bo ja tu zająłem sobie miejsce”), żadnego wpuszczania kolegów. Wszyscy zainteresowani cierpliwie czekali na swoją kolej.

Na szczęście, nie było w tym żadnej analogii do naszych krajowych konwentów, gdzie wymienione wyżej, negatywne zachowania mają miejsce i są przedmiotem dyskusji na forach.
Podczas LSCC, zaproszeni twórcy byli dostępni dla fanów przez cały czas trwania konwentu (chyba, że akurat uczestniczyli w prelekcji lub zaplanowanym w ramach konwentu spotkaniu z fanami) a nie jedynie przez, powiedzmy, godzinę sesji autografów. Oni przybyli tam dla swoich fanów i jednocześnie potraktowali udział w konwencie jak normalny, pełno wymiarowy dzień pracy. Kulturą wykazali się również fani. Nie zauważyłem by ktokolwiek zaczepiał twórcę podsuwając mu cokolwiek do podpisania, gdy ten dla rozprostowania kości przechadzał się wśród stoisk z komiksami, udawał się do toalety albo stał w kolejce by kupić coś do jedzenia lub picia.

Goście
Najwyższy czas wymienić gości konwentu. Byli nimi: Neal Adams, J.Scott Campbell, Jason Spyda Adams, Josh Adams, Lee Bermejo, Simone Bianchi, Brian Bolland, Mike Carey, Gabriele Dell ‚Otto, Glen Fabry, David Finch, Gary Frank,Simon Furman, Kieron Gillen, Alan Grant, Matt Hawkins, David Hine, Mariah Hvehner, Klaus Janson, David Lloyd, David Mack, Ron Marz, Jamie McKelvie, Bob McLeod, Nei Ruffino, Matteo Scalera, Bill Sienkiewicz, Dan Slott, Roy Thomas, Herb Trimpe, John Wagner, J.K. Woodward, Mahmud Asrar, Jeremy Bastian, Dough Braithwaite, Mark Buckinngham, Mike Choi, Ian Churchill, Yildiray Cinar, Neil Edwards, Gary Erskine, Carlos Esquuerra, Mark Farmer, Rebekah Isaacs, Bob Layton, Guillermo Ortego, Emanuela Lupacchino, Kevin McGuire, John McCrea, George Perez, Esad Ribic, Tim Seeley i John Watson.

Small press & self publishing
Wydawcy publikacji niskonakładowych oraz autorzy samodzielnie wydający swoje prace byli zlokalizowani w rejonie „Artists Alley”. Spektrum prezentowanych tam publikacji było szerokie, od książeczek dla dzieci, poprzez komiksy inspirowane mangą lub komiksem super bohaterskim, do komiksów, których twórcom jest bliżej do komiksu frankofońskiego.
Na zdominowanym przez komiks amerykański konwencie, znalazłem kilka ciekawych publikacji. Jedną z nich był pierwszy tom serii “Tuk Tuk” autorstwa Williama Kirkby.

Drugim twórcą, na którego zwróciłem uwagę był grecki rysownik Vassilis Gogtzilas i jego komiksy „Misery City” oraz „The Adventures of Augusta Wind”.

Ciekawa była również antologia „International Aces” wydawnictwa InkShot.com przedstawiająca sylwetki najlepszych lotników walczących podczas I-szej Wojny Światowej.

Na naszej stronie znajduje się zakładka pn. „Z półki zdjęte”. Przedstawiam tam komiksy, które na przestrzeni lat mnie zainteresowały, lub które (z różnych powodów) uważam za warte przypomnienia. Jest to kontynuacja cyklu tekstów jakie pojawiały się w magazynie „Znakomiks”. Mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się umieścić tam więcej informacji o wspomnianych wyżej komiksach.

Sklepy & stoiska
Wśród stoisk z komiksami archiwalnymi przeważali wystawcy z USA. Na tych stoiskach ceny na etykietach były w dolarach amerykańskich. Stosowany był do nich przelicznik: kwota ceny amerykańskiej minus 30% równa się cenie w funtach brytyjskich. Były to typowe stoiska dla kolekcjonerów poszukujących starych wydań z lat przed rokiem 1980. Były też dwa stoiska oferujące nowsze „zeszytówki” w niskich cenach, nawet po 50 p. Duże stoisko miał wydawca magazynu 2000AD. Na stoisku tuż obok można było nabyć trade’y Marvel’a. W obu wypadkach obowiązywały ceny promocyjne. Duże kolejki ustawiały się do stoisk Top Cow oraz Zenescope, w godzinach, gdy komiksy podpisywali ich twórcy. Ciekawym jest to, że wydawnictwa mniejsze zdają się specjalizować w komiksach epatujących przemocą graficzną oraz „gore”. Inne, naśladują publikacje takich wydawców jak Image lub Wildstorm. Było też stoisko z kolekcjami figurek Marvel’a i DC oraz stoiska z zabawkami, koszulkami i art-printami. Zabrakło natomiast, poza 2000AD, stoisk z komiksami brytyjskimi („Dandy”, „Beezer”, „Beano”, seriami kieszonkowymi „Starblazer”, „Battle Picture Library”, itp.) lub frankofońskimi (wiele tytułów zostało przecież wydanych w języku angielskim).

Cosplay & „przebierańcy”
Podczas obu dni konwentu spotkać można było wielu znanych bohaterów komiksowych. Większość „przebierańców” miało bardzo profesjonalnie przygotowane stroje oraz makijaże.
Pierwszego dnia odbyły się wybory najlepszego kostiumu.

Spotkania & prelekcje
Spotkania z twórcami oraz prelekcje odbywały się, niemal bez przerwy, w specjalnie wydzielonej sali multimedialnej.
Oto tematy tylko kilku z takich spotkań:
• 50 lat największych bohaterów Marvel’a
• Daredevil na przestrzeni lat
• Dredd i dalej: przeogromny świat 2000AD
• 20 lat Top Cow
• Batman na przestrzeni lat

Luźne informacje i spostrzeżenia:
• Zostałem zatrzymany przez trzech Judges. Zarekwirowali mi jeden z egzemplarzy magazynu „Znakomiks” argumentując, że zawarte w nim treści emitują „too much thrill power” co powoduje uzależnienie.

Uff…udało mi się ujść z życiem i udało mi się zachować jeszcze kilka numerów „Znakomiksu” :). Dzięki temu miałem okazję przedstawić magazyn, między innymi, J. Scott Campbell’owi, który na rynku amerykańskim uważany jest za najlepiej rysującego superbohaterskie postaci kobiece. Poprosiłem go o opinię na temat komiksu „Jen” Karoliny Klein, która również wspaniale rysuje postaci kobiece i męskie. Pan Campbell powiedział „She’s very talented, indeed. She’s got potential and I wish her lots of success”.
• Aspirujący twórcy mogli uzyskać opinie na temat swoich prac przy stoisku „Portfolio Reviews”. Ocen portfolio dokonywał Matt Hawkins, szef wydawnictwa Top Cow. Widziałem także, jak twórcy również udzielali porad i opinii bezpośrednio przy swoich stolikach.

• Podczas konwentu można było, oprócz angielskiego, usłyszeć fanów rozmawiających w wielu innych językach, w tym po polsku.
• Pierwszego dnia, w kolejce do wejścia, nie mogłem nie podsłuchać rozmowy dwóch anglojęzycznych fanów, z których jeden powiedział: „popatrz, niby komiks jest takim wyobcowanym medium, a na konwentach pojawiają się tłumy ludzi”. Deja vu?
• Podobnie, jak podczas polskich konwentów, drugi dzień charakteryzował się mniejszą frekwencją.
• Nie udało mi się wygrać w loterii Simone Bianchi, który ostatnio jest jednym z moich ulubionych rysowników. Po tym, jak kupiłem jego portfolio, otrzymałem kupon loteryjny. Losowanie odbyło się pod koniec pierwszego dnia, a trofeum stanowiły dwie oryginalne prace artysty. Niestety nie znalazłem się wśród dwójki szczęśliwców 🙁
• Pomijając część prelekcyjną oraz cosplay, konwent był imprezą głównie handlową. Nie zostały w jego ramach zorganizowane ani żaden konkurs na komiks, ani wystawa.
• Wracając z konwentu, na stacji DLR, nie można było nie natknąć się na reklamę kolejnej imprezy komiksowej mającej odbyć się już wkrótce w Londynie – MCM London Comic Con, 24-26 maja 2013.

Informacje i wrażenia spisał oraz zdjęciami zilustrował,
Andrzej Baron

Zaszufladkowano do kategorii Newsy

Silver Surfer: Judgment Day

Od dawna, większość komiksów otwierają tzw. „splash pages” (tj. kadry całostronicowe). Mają one za zadanie wprowadzenie czytelnika w rozpoczynaną lub kontynuowaną historię. Były one też (np. w komiksach DC, szczególnie tych z lat 60-tych i 70-tych) swego rodzaju przynętą na czytelnika. Przedstawiały kluczową dla opowiadanej historii sytuację wraz ze znakiem zapytania w rodzaju „jak do tego doszło?” lub „jak bohater wybrnie z tej trudnej sytuacji?”

Za sprawą takich rysowników jak Jack Kirby, Sal Buscema czy Neal Adams, od początku lat 70-tych coraz częstszym zabiegiem mającym na celu podbicie dynamiki opowiadanych historii było stosowanie „splash pages” w trakcie prowadzenia opowieści. Z jednej strony, pozwalały one rysownikom na przekazanie większej ilości szczegółów. Z drugiej strony, swoim rozmiarem uderzały one w czytelnika dobitnie akcentując akcję w wymagającym tego momencie.

W roku 1988 Marvel Comics Group opublikował album komiksowy „Silver Surfer: Judgment Day”. Każda z jego 64-ch stron stanowi „splash page”. Był to pomysł Johna Buscema, który marzył o narysowaniu takiego komiksu. Wraz z Tomem deFalco stworzył zarys historii wikłającej Silver Surfera w konflikt pomiędzy Galactusem a Mefisto. Do pomysłu dał się przekonać Stan Lee, który wsparł go scenariuszem i dialogami. Grafikę na obwolutę tego oprawionego w twardą okładkę komiksu stworzył Joe Jusko. W ten sposób powstał, jak na tamte czasy, nowatorski album.

Co ważne, pomimo tego, że każda strona sama w sobie stanowi wyjątkową grafikę, którą można podziwiać oddzielnie, to czytając ten komiks nie ma się wrażenia przeglądania książki z obrazkami lub czytania krótkiego, 60-ciokilku kadrowego opowiadania. Po odwróceniu i przeczytaniu ostatniej strony czułem się tak samo jak po przeczytaniu długiej i wciągającej opowieści graficznej.

Zacytuję jeszcze dwa zdania ze wstępu, jakim Stan Lee opatrzył ten komiks:
„Stwierdzenie, że ten wolumin jest „pierwszym w swoim rodzaju” nie odda w pełni jego wartości. To naprawdę jest punkt zwrotny w historii wydawniczej. Wizualnie, stylistycznie, dramatycznie oraz artystycznie, John Buscema oraz Marvel Comics wnieśli całkowicie wyjątkowy wkład do gatunku ilustrowanej epiki.”

AB