Demon

Nie jest to typowy dla Jacka Kirby komiks super-bohaterski. Stworzył go na zamówienie wydawnictwa DC Comics, które chciało wykorzystać popularność tego twórcy do wprowadzenia na rynek komiksów innych, niż przedstawiające kolorowo odzianych bojowników zwalczających równie kolorowo odzianych antybohaterów, pospolitych przestępców, czy też zagrożenia z kosmosu. Pomimo tego, że wcześniej rysował dla Marvela historie o potworach (np. Monsters On The Prowl, Where Monsters Dwell), tego rodzaju tematyka nie była najbliższą jego sercu. Dlatego, aczkolwiek niechętnie, Kirby zaproponował komiks osadzony w klimatach horroru. Przy czym, zachowując atmosferę horroru, wykorzystał on wiele elementów ze swoich komiksów super-bohaterskich. Powstała mieszanka wątków nadprzyrodzonych i super-bohaterskiego kolorytu, z charakterystyczną wartką akcją i obowiązkowym łubudubu. Dzięki temu, DC mogło zaadresować tę serię również do dotychczasowych odbiorców komiksów super-bohaterskich.

Tak, w skrócie, przedstawia się historia kolejnego dzieła Jacka Kirby, które jego fani doceniają za magicznie tajemnicze i mroczne rysunki oraz pomysły, które mógł mieć tylko on – Jack zwany królem Kirby.

Przed wiekami, chcąc bronić Kamelot przed chordami demonów dowodzonych przez czarownicę Morgaine Le Fey, Merlin przywołał z piekła demona Etrigana, którego połączył z człowiekiem Jasonem Blood. Od tamtej pory, po części człowiek i po części demon, prowadzi on życie normalnego człowieka o nazwisku Blood, przeżywając wiek za wiekiem, za każdym razem, jako potomek siebie samego. Przy czym nie ma świadomości tej sytuacji ani pamięci o Kamelocie, Merlinie, swoich poprzednich wcieleniach. które uważa za swoich przodków, oraz o swojej drugiej, demonicznej naturze. Po upływie kilkuset lat, w latach siedemdziesiątych XX wieku, odwieczni wrogowie Merlina zmuszają Etrigana do ujawnienia się. W tym czasie jego człowieczy gospodarz-łącznik jest znanym amerykańskim demonologiem.

Mając kłopot ze skompletowaniem wszystkich szesnastu odcinków serii, ucieszyłem się, gdy w roku 2008 firma DC Comics zebrała je i opublikowała w jednym tomie. Dla fanów twórczości Jacka Kirby jest to kolejny „musisz-to-mieć” wolumin.

Elric

Po tym, jak polski wydawca Taurus rozpoczął publikację serii komiksowej “Elric”, której twórcami, w oparciu o prozę Michaela Moorcocka, są Julien Blondel i Jean-Luc Cano scenariusz oraz Robin Recht, Didier Poli i Julien Telo rysunek, sięgnąłem pamięcią do roku 1972. To wtedy, po raz pierwszy, bohater stworzony przez Moorcocka pojawił się w komiksie. Tym komiksem była seria Conan The Barbarian (Conan Barbarzyńca) publikowana przez Marvel Comics Group. W jej numerze 14-tym zamieszczono opowiadanie ”A Sword Called Stormbringer!”, które dokończono w numerze 15-tym jako „The Green Empress of Melniboné”. W oparciu o historię, jaką specjalnie dla Marvela nakreślił Michael Moorcock przy współpracy Jamesa Cawthorna, Roy Thomas napisał scenariusz a Barry Windsor Smith go zilustrował. Według mnie, w tamtym czasie, podobnie jak to było w przypadku Conana, nie mogło być lepszej pary twórców mogących wprowadzić tego bohatera do medium, jakim jest komiks. No, przynajmniej na rynku amerykańskim.

Wprawdzie każdy z nich należy do innego świata, czy też, jak kto woli, do innej (alternatywnej) Ziemi, oraz żyje w innym okresie czasu, w zawartej w tych dwóch zeszytach historii, Elric i Conan pojawiają się obok siebie. Możliwe? Możliwe. Od czego jest magia?

Pierwotnie, zgodnie z rytuałem Marvelowskim, stają oni na przeciw siebie i, zamiast wyjaśnić swoje intencje, walczą aż do sytuacji patowej, kiedy to dochodzą do wniosku, iż w zasadzie nie są sobie wrogami, że ich wspólnym wrogiem jest ktoś inny. Wtedy, aczkolwiek niechętnie, łączą siły w walce przeciw chordom demonów i wskrzeszonej złej bogini. Po ich pokonaniu, będący gościem w świecie Hyboriańskim Elric udaje się do swojego Melniboné.

Gałgan

Zawsze cieszy mnie, gdy kupując na przysłowiowego „czuja” nieznane wcześniej płytę z muzyką, książkę lub komiks, po bliższym zapoznaniu się z zawartością uznaję mój wybór za słusznie dokonany.

Ponieważ tutaj piszę o komiksach, to wspomnę tylko o moim najnowszym komiksowym zakupie „na czuja”.
Podczas ostatniego Międzynarodowego Festiwalu Komiksów i Gier w Łodzi 2015 trafiłem na stoisko niezależnego wydawnictwa, na którym znalazłem pięć kolejnych zeszytów serii „Gałgan”. Jej twórcą jest Jan Skarżyński, który samodzielne wydawanie swojego projektu rozpoczął w październiku 2014. Jestem przekonany o tym, że anonse o tym komiksie widziałem w internecie wcześniej. Jednak dopiero bezpośredni kontakt z publikacją, jej przekartkowanie, spowodował podjęcie decyzji o zakupie…od razu wszystkich dostępnych numerów. Przeczytałem je en masse, bowiem wciągnęła mnie zawarta w historii tajemnica. Myślę też, że graficzna realizacja scenariusza jest dodatkowym elementem pozytywnie wpływającym na odbiór tego komiksu. Nie jestem przekonany o tym, czy inna stylistyka (rysunek bardziej realistyczny, kolor) skłoniły by mnie do zainteresowania się publikacją wtedy podobną do wielu innych. Ten komiks graficznie wyróżnia się z tłumu, co mój „czuj” przypisał mu na plus. Na marginesie, udział w konwencie komiksowym daje możliwość poznania i nabycia z pierwszej ręki ciekawych publikacji zinopodobnych, które, przy ich niskim nakładzie i bardzo ograniczonej dystrybucji można przeoczyć.

Tytułowy Gałgan jest siedemnastolatką, która samotnie mieszka w domku za miastem. Towarzyszy jej gadający kot Rufus. Historia rozpoczyna się surrealistycznie, bo zasztyletowaniem poduszki przytulanki, w które zamieszana (wrobiona?) jest bohaterka komiksu. Wokół tego zabójstwa rozwija się akcja, do której wprowadzane są kolejne postaci – rodzice dziewczyny, o których nie wiadomo wiele, poza tym, że ją opuścili (umarli? zginęli? porzucili ją?), gdy była dzieckiem; taksówkarz Hieronim, który jej pomaga; listonosz, którego prawdziwe intencje nie są jeszcze znane; dyrektorka szkoły mająca wobec dziewczyny podejrzane zamiary; para policjantów badających sprawę zabójstwa poduszki. Autor wplata wątki surrealistyczne – wspomniana zamordowana poduszka, gadający kot, rower dziewczyny potrafiący odgryźć nogę – oraz sugeruje możliwość pojawienia się elementów paranormalnych. Pięć zeszytów to dużo, ale dotychczasowa akcja pozwala przypuszczać, iż to dopiero początek, że jeszcze niejedno może zaskoczyć i bohaterkę, o której inni zdają się wiedzieć więcej, niż ona sama, i oczywiście czytelnika.

Czekam na kolejne zeszyty serii. Czekam na kolejne zaskoczenia … i ostateczne wyjaśnienie, o co tu tak naprawdę chodzi. Chociaż, jak dla mnie, wyjaśnienie to nie musi zbyt szybko nadejść. Ta seria nie musi się zbyt szybko zakończyć.