Nemesis The Warlock

Pierwotnie opublikowano na stronie 25 listopada 2013

Czarownik Nemesis po raz pierwszy pojawił się w roku 1980 w 167 numerze brytyjskiego tygodnika “2000AD Weekly”. Pierwsze dwa krótkie epizody spotkały się z bardzo dobrym odbiorem czytelników. Dlatego też twórcy Pat Mills (scenariusz) oraz Kevin O’Neall (rysunki) rozbudowali te opowiadania w serię, która doczekała się dziesięciu ksiąg i kilku krótszych epizodów.

Głównymi bohaterami serii są antagoniści – tytułowy demoniczny obcy Nemesis oraz Torquemada władca Ziemskiego Imperium. Ich nieustający konflikt wpływa na losy Ziemi dalekiej przyszłości, kosmosu oraz postaci bliskich obu przeciwnikom. Istotne role w historii tego konfliktu odgrywają bohaterowie innej serii również stworzonej przez Pata Mills’a. Są to ABC Warriors.

Torquemada jest fanatykiem, który robi wszystko, aby poddać eksterminacji wszystkich obcych we wszechświecie. Jego hasło „Be pure, be vigilant, behave!” [„Bądź czysty, bądź czujny, bądź grzeczny!”] wykrzykiwane jest przez jego legiony eksterminatorów podczas dokonywania aktów obcobójstwa. Przeciw niemu występuje Nemesis. Pierwotnie zdający się być przywódcą ruchu oporu, ma on własne cele. Wyznawana przez niego religia Chaosu sprawia, iż będąc pozytywnym bohaterem dostosowuje swoją moralność do sytuacji w myśl zasady, że cel uświęca środki. Przykrywa to stanowiącym jego znak rozpoznawczy zawołaniem „Credo!” [Wierzę!].

Dla mnie, lektura Nemesis obejmuje trzy poziomy.
Po pierwsze, jest to wciągająca, brutalna historia opowiedziana w formule wysoce technicznej science-fiction z wieloma elementami powieści fantasy, a w niej z dominacją miecza i czarów. Po drugie, są to rysunki kilku z najlepszych brytyjskich twórców lat 80-tych i 90-tych (Kevin O’Neall, Brian Talbot, John Hicklenton, David Roach, Jesus Redondo, Henry Flint, Carl Critchlow). Wszyscy z, na przestrzeni lat, zaangażowanych w projekt rysowników wykonali swoje zadanie bardzo dobrze. Ja mam jednak wśród nich trzech mistrzów. Są nimi Kevin O’Neall, którego wyobraźnia i groteskowe rysunki najbardziej pasują do niezwykle specyficznego, czarnego poczucia humoru Mills’a, John Hickleton z rysunkami pełnymi ekspresji i dynamizmu oraz Clint Langley z jego kolorowymi planszami do opowiadania „Hammer of the Warlocks” (2011).
Po trzecie, jest to jakość scenariusza wraz z dialogami charakterystycznymi dla czarnego humoru Pata Mills’a, który dodatkowo bawi się i znaczeniami symboli, i znaczeniami słów. Niejednokrotnie wprowadzany przez niego zabieg polega na tym, że oczy czytają jedno, ale jednocześnie kontekst oraz istnienie dwóch lub więcej słów o takiej samej wymowie wprowadzają dodatkowe, pasujące do sytuacji/historii znaczenia. Częstym zabiegiem Mills’a jest umieszczanie dwóch w jednym. Przykładem niech będzie nazwa planety Termight. Z jednej strony, fonetyczne skojarzenie nasuwa się wobec sytuacji, w której nazwa ta pojawia się po raz pierwszy, tj. w odniesieniu do planety podziurawionej tunelami transportowymi tak jak wielka termitiera [termite = termit]. Nieco później dowiadujemy się, iż planetą tą jest Potężna Ziemia [Mighty Terra = w skrócie Termight]. Oba słowa „termite” oraz „termight” wymawia się jednakowo.
Jeden plus dwa plus trzy … Credo!

Little Nemo in Slumberland

Pierwotnie opublikowano na stronie 12 października 2013

Odkąd pamiętam, to znaczy od pojawienia się w roku 70-którymś w jednej z gazet (to była chyba „Polityka”) artykułu na temat tego i innych komiksów amerykańskich, chciałem przeczytać jakieś większe jego fragmenty, a zdobycie choćby jednego z papierowych wydań stało się moim marzeniem. Artykuł został zilustrowany czarno-białą reprodukcją jednej ze stron tego komiksu. Do dzisiaj pamiętam jak niezwykłe wrażenie wywarła na mnie ta strona. Była zupełnie inna od stron w komiksach, które do tamtej pory widziałem. Prezentowała nowatorskie ułożenie kadrów na planszy, ich wzajemne (a raczej akcji na nich) przenikanie się oraz pięknie rozrysowane w idealnej perspektywie i proporcjach detale tła (w tym architektury) i postaci. No, i sama opowiadana historia … jej senny surrealizm. Emocje wzbudził dodatkowo fakt, że strona ta powstała u zarania wieku dwudziestego.

Chęć zapoznania się z tym komiksem, ba … posiadania choćby kilku odcinków, pomimo tego, że nie natrętna, stale pozostawała w mojej głowie. Czekała ona na odpowiedni moment. Ten nadszedł w roku 1998, kiedy to na półce mojego ulubionego sklepu komiksowego w Londynie dostrzegłem okładkę wydanego przez Fantagraphics Books albumu „The Complete Little Nemo in Slumberland vol. 1: 1905-1907” Windsor’a McCay. Klik … i bez chwili namysłu rozstałem się z jednym z banknotów z wizerunkiem królowej Elżbiety.

Rozpoczęta przez Fantagraphics seria albumów zawiera wszystkie odcinki komiksu Windsor’a McCay „Little Nemo In Slumberland”, które co tydzień były publikowane w „New York Herald” (lata 1905-1911), w „New York American” pod zmienionym tytułem „In the Land of Wonderful Dreams” (lata 1911-1914) i pod przywróconym pierwszym tytułem ponownie w „New York Herald” (lata 1924-1926). Prezentowane w albumach strony komiksu, w ich oryginalnym rozmiarze i odrestaurowanych kolorach, głaszczą poczucie estetyki czytelnika. Uhmm … do tego opowiadane historie … .

Każdy z jednostronicowych odcinków komiksu przedstawia sen małego Nemo (po łacinie „Nikt”), który zawsze kończy się w ostatnim kadrze w momencie, gdy chłopiec budzi się sam (najczęściej spadając z łóżka), lub jest budzony przez któregoś z członków jego rodziny, którzy łajają go za to, że hałasując w nocy nie daje im spać. Pierwsze sny stanowią podróż Nemo do krainy snów rządzonej przez króla Morfeusza. To on stara się ściągnąć tam Nemo, aby ten stał się kolegą zabaw jego córki Kamili. Pierwotnie, przyczyną przebudzeń chłopca były sytuacje grożące mu śmiercią, kalectwem lub innym nieszczęściem. Gdy w swoich snach dotarł już do królestwa Morfeusza i rozpoczął nowe senne przygody, także w innych wyimaginowanych światach, najczęściej był budzony przez pojawiającego się w ostatnim kadrze osobnika o imieniu Flip, który przez wiele odcinków nosił kapelusz z napisem „Zbudź się!”.

Wydawać by się mogło, że ten kolorowy, pełen bajecznych wizji i postaci, opowiadający o przygodach małego chłopca komiks jest fantazją dla dzieci. Senne marzenia Nemo zaczynają się niewinnie i często bajkowo przyjemnie. Jednak, wkradający się do nich mroczny surrealizm przeradza bajkowe wizje w niesamowite zagrożenia. To sprawia, że „Mały Nemo w krainie snów” nie jest bajką.

Dla mnie jest on natomiast jednym z niezaprzeczalnych arcydzieł w dotychczasowej historii komiksu.

Akiko

Pierwotnie opublikowano na stronie 09 października 2013

Ta seria komiksowa jest ciekawym połączeniem rysunku japońskiego i klasycznego amerykańskiego z jednej strony oraz mieszanką klimatów „Czarodzieja z Oz” i „Gwiezdnych wojen” z drugiej. Amerykański twórca Mark Crilley stworzył ją z myślą o dorosłych, ale wspaniale nadaje się ona do czytania również przez dzieci.

Główną bohaterką komiksu jest 10-letnia japońsko-amerykańska dziewczynka Akiko, która zostaje zaproszona na planetę Smoo przez jej króla Froptoppitt’a pod pozorem potrzeby uratowania jego syna, Księcia planety Smoo. Jedynie Akiko może go odnaleźć i uratować przed niebezpieczeństwem. Towarzyszami jej wyprawy zostają: oczytany profesor Mr. Beeba, odważny ale impulsywny były pirat Spuckler, zużyty ale miły robot Gax oraz będący lewitującą purpurową głową Tooglianin o imieniu Poog. Wyprawa okazuje się być dla Akiko pozytywnie zdanym testem na przyszłą żonę Księcia Froptoppitt’a, który jest w niej bardzo zakochany. Autor komiksu nie wyjaśnia jak i dlaczego właśnie Akiko doznała zaszczytu bycia wybranką młodziutkiego księcia z odległej planety. Ale tak, jak w każdej bajce przyjmujemy to za fakt i czytamy dalej. Przekonawszy króla Smoo do tego, że przed podjęciem decyzji o ślubie chciałaby ukończyć naukę w szkole, Akiko powraca na Ziemię. Już wkrótce ponownie wyrusza na Smoo, aby wraz ze swoimi towarzyszami podjąć się, tym razem rzeczywistych, wyzwań. Ich długie i przepełnione przeszkodami podróże wiodą przez egzotyczne, obce miejsca zamieszkiwane przez przedziwne stworzenia. Często sprzeczającym się między sobą podróżnikom, przydarzają się liczne niebezpieczne sytuacje. Jednak zawsze wspólnie, udaje się im z nich wybrnąć.

Syrius Entertainment rozpoczął publikację komiksu w grudniu 1995 od „one-shot’u” zatytułowanego „Akiko na planecie Smoo” (w roku 2000 wznowiony w kolorze). Następnie, do marca 2002 ukazały się 52 odcinki regularnej serii. Zostały one później zebrane w siedmiu TPB.

Pomimo tego, że nie zawierała zbyt wiele typowego dla amerykańskiego komiksu łubu-dubu, seria odniosła sukces wśród amerykańskich czytelników oraz została doceniona przez krytykę. Wielokrotnie nominowano ją do nagrody Will’a Eisner’a.

White Indian

Pierwotnie opublikowano na stronie 01 października 2013

Przygody „Białego Indianina” (White Indian) stanowiły dodatek do serii komiksowej „Durango Kid”. Od listopada 1949 do końca roku 1952, pojawiły się w szesnastu zeszytach tej serii.

Akcja komiksu toczy się w połowie osiemnastego wieku w kolonizowanej przez Anglików Ameryce Północnej. Tytułowym Białym Indianinem jest Dan Brand, mieszkający w Filadelfii kolonista angielskiego pochodzenia. W dniu jego ślubu z Lucy Wharton został on zaatakowany przez Petera Bradforda, konkurenta do ręki Lucy. Wystrzelona przez Bradforda kula uśmierciła pannę młodą. Bradford uciekł na Zachód, jak wówczas jeszcze nazywano ziemie leżące na wschód od rzeki Mississippi. Wiedziony żądzą zemsty, zaraz po pogrzebie swojej niedoszłej żony, Brand udał się za mordercą. Błądząc po dzikich terenach został zaatakowany przez niedźwiedzia, którego zdołał zabić nożem myśliwskim. Rannego i bliskiego śmierci znaleźli Indianie Catawbas, wódz Wielki Jeleń i jego syn Tipi. Indianie zaopiekowali się nim i namówili, aby pozostał z nimi do czasu aż wyleczy rany oraz pozna ich sposoby walki i przeżycia w dziczy. Gdy mijał rok jego życia wśród Catawbas, w okolicy pojawił się handlarz broni i wódki. Był nim Bradford. Akcja potoczyła się szybko. Bradford podstępnie zabił Wielkiego Jelenia, a ścigający go Brand i Tipi dokonali podwójnej zemsty. Zaprzysięgli sobie braterstwo krwi. Od tej pory wspólnie przemierzają Dziki Zachód dokonując bohaterskich czynów i wspierając dążenia kolonistów amerykańskich do uniezależnienia się od Korony Brytyjskiej.

Tak kończy się pierwszy odcinek serii. Nie jestem zbyt mocny w historii powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale jestem przekonany, że każdy kolejny epizod komiksu został oparty o rzeczywiste wydarzenia historyczne (bitwa pod Fort Necessity, powstanie Fort Pitt – obecnie Pitsburg, zniszczenie transportu herbaty w Bostonie, Wielka Masakra na Osadnikach), a pojawiający się w nich główni aktorzy (porucznik a potem generał George Washington, Haym Solomon, Generał Edward Bradock, Generał John Burgoyne) rzeczywiście odegrali istotne role w historii Ameryki Północnej. Postaciami spinającymi te wydarzenia są Biały Indianin i jego brat krwi Tipi. Myślę, że intencją stworzenia tego komiksu, mimo wszystko, nie był aspekt edukacyjny, ale raczej powszechna w pierwszej połowie dwudziestego wieku fascynacja „dzikim zachodem” oraz pionierskim okresem w historii Ameryki.

Głównym powodem zakupu wydanego w roku 2011 przez Vanguard Productions zbioru wszystkich epizodów „Białego Indianina” było dla mnie to, że jego rysownikiem był Frank Frazetta.

Frazetta jest i pozostanie dla mnie synonimem mistrza ilustracji heroic fantasy. Po raz pierwszy, reprodukcje jego obrazów zobaczyłem w roku1979, kiedy to kupiłem kilka tomów opowiadań o Conanie autorstwa Roberta E. Howarda. Kilka lat później udało mi się zdobyć mój pierwszy album z malarstwem Frazetty. Potem następny i następny, i następny, i … .

Z jednego z albumów dowiedziałem się o tym, że, zanim stał się powszechnie znany dzięki swoim obrazom, Frank Frazetta rysował komiksy oraz okładki i ilustracje do książek. Były to komiksy i książki każdego gatunku, od humoresek dla dzieci i młodzieży, poprzez komiksy edukacyjno-moralizatorskie, komiksy wojenne i historyczne, S-F i fantasy do westernów. „Biały Indianin” jest najdłuższą z serii narysowanych przez Frazettę.

Wywodzę się z pokolenia, które fascynowało się światami Dzikiego Zachodu i dzikiej Afryki na równi z podróżami w kosmos. Pomijając tematykę, dla mnie, seria ta jest ciekawa również, dlatego że widać w niej charakterystyczne dla malarskiej twórczości Frazetty dynamizm przedstawianych zdarzeń oraz witalność ich „dzikich” bohaterów.

Straine

Pierwotnie opublikowano na stronie 17 września 2013

W latach 90-tych i na początku tego wieku starałem się kupować wszystko to, co wyszło spod rąk polskich twórców. Były to kilkustronicowe kserówki, ziny, magazyny oraz jeszcze nieliczne albumy. Wśród tych zdobyczy znajduje się kilka szczególnych pozycji. Są to pomysły, których kontynuacji oczekuję, jak do tej pory, bezskutecznie.

Jednym z takich pomysłów jest stworzona przez Bartosza Minkiewicza i Krzysztofa Tkaczyka postać superbohatera i superłotra w jednym. Mam na myśli Straine, który pod koniec lat 90-tych pojawił się w magazynach „Cyrkielnia” oraz „KKK” a w roku 2000 doczekał się wydania albumowego pod tytułem „STRAINE: Dystrykt Galicja” (wydawnictwo Cyrkielnia). Jest to zbiór opublikowanych wcześniej w „Cyrkielni” oraz „KKK” shortów, które zostały przez autorów przetworzone, pokolorowane i po uzupełnieniu o nowe wątki scalone w jedną fabułę.

Pójdę na łatwiznę i zacytuję opis komiksu zamieszczony w Masońskim Magazynie Komiksowym „CYRKIELNIA” (1997):
„Na początku trzeciego tysiąclecia miały miejsce dwa wydarzenia, które w rezultacie wpłynęły na losy większości ludzi w Polsce. W Zakopanem, na Harendzie, niedaleko domu Witkacego urodził się Simon Josue Piehonsky, a w Krakowie po raz pierwszy ujawnił się człowiek nazywający siebie Straine. Niewiele wiadomo o pochodzeniu tego drugiego. Nie istnieje żaden wiarygodny przekaz dotyczący dzieciństwa Straine`a. Słowo dzieciństwo jest w tym miejscu wielce problematyczne, bo według niektórych plotek Straine nie jest człowiekiem. Straine jest superbohaterem. Piehonsky to superłotr i Wielkie Przeciwieństwo Straine`a. Jest pewny siebie, bezczelny, dowcipny i obdarzony szaleńczym urokiem. Jest w pyte. Straine dużo czyta, nie ma przyjaciół, a z kobietami mu się nie układa. Ale nikt tak jak on nie potrafi skopać dupy Piehonsky`emu.”

W pomyśle oraz jego realizacji (scenariusz i rysunek) widzę duży potencjał. Taka postać polskiego superbohatera (to samo dotyczy jego antagonistów) odpowiada mi bardziej niż przygody ubranych w biało-czerwone trykoty klonów amerykańskich superbohaterów.

Zapowiedź drugiej części przygód Straine’a pojawiła się w 2002 roku. Album ma nosić tytuł “Purgatorium” i … niestety, nadal na niego czekam.

The Newsboy Legion

Pierwotnie opublikowano na stronie 02 września 2013

Wśród wielu moich ulubionych twórców, Jack „King” Kirby zajmuje czołowe miejsce. Dałem temu wyraz popełniając artykuł dla magazynu „AQQ” (Nr 17/1999). Również w magazynie „Znakomiks” (nr 3 noszącym jeszcze tytuł „Z.N.A.K.”) „zdjąłem z półki” komiks „The Destroyer Duck”. Najwyższy czas by przedstawić kolejny tytuł, którego współtwórcą był Jack Kirby.

Miałem wtedy chyba 14 lat. Odwiedził mnie kolega, który spędził wakacje u dziadków w Anglii. Przywiózł stamtąd kilka komiksów. Jednym z nich był „Superman’s Pal Jimmy Olsen” numer 141. Już wtedy, może niezupełnie świadomie, byłem wielkim fanem Kirby’ego. Dodatkowo, na okładce było napisane „Kirby Says: Don’t ask! Just buy it!”
Skracając ten wstęp … oddałem za ten zeszyt cztery „klasikery” oraz jednego Tarzana.

Do stworzonych przez Kirby’ego numerów serii „Superman’s Pal Jimmy Olsen”, a raczej do wymyślonego przez niego „The Fourth World” powrócę przy innej okazji. Chociaż … jedna okazja to będzie za mało.

Tym razem, zmierzam do przedstawienia serii, której pierwszy odcinek został przedrukowany w zdobytym przeze mnie zeszycie. Autorami serii był duet Joe Simon (scenariusz) i Jack Kirby (scenariusz i rysunki). Pomysł powstał w roku 1942, za namową Jacka Liebowitza (prezesa National Periodicals Publications Inc., która później przekształciła się w DC Entertainment). Simon i Kirby byli autorami świetnie sprzedającej się serii „The Boy Commandos”. W obliczu trwającej Drugiej Wojny Światowej, każdy młody Amerykanin mógł w każdej chwili spodziewać się powołania do wojska. Dlatego Liebowitz umożliwił Simonowi i Kirby’emu założenie studia, w którym wraz z innymi młodymi artystami mogli przygotować zapas materiału do popularnej serii. Wkrótce okazało się, że powstał nadmiar materiału. Wtedy to Liebowitz zaproponował utworzenie drugiej serii z grupą młodocianych bohaterów. Powiedział: „A może wprowadzimy kilka zmian? Co, jeżeli połowa materiału przedstawi zupełnie inną grupę? Mielibyśmy podwójną licencję, większy merchandising, więcej produktów, większy profit…”. Simon i Kirby usiedli, pomyśleli, przywołali trochę swoich młodzieńczych doświadczeń i stworzyli „The Newsboy Legion”, którego pierwszy odcinek ukazał się w kwietniu 1942 roku w siódmym numerze „Star Spangled Comics”. Przy realizacji serii obejmującej 57 odcinków uczestniczyli również: Arturo Cazeneuve (tusz), Steve Brodie (tusz), John Daly (tusz), Gil Kane (rysunki, tusz) oraz Harry Tschida (tusz).

Grupa młodocianych sierot mieszkająca w „suicide slum”, fikcyjnym slumsie Nowego Yorku, zarabia na życie sprzedając gazety. Jej liderem jest Tommy Tompkins. Geniuszem sprytu jest Big Words. Rolę osiłka pełni Scrapper. Skład grupy dopełnia bezustannie gadający Gabby. Chłopcy często popadali w konflikt z prawem, za co groziło im zamknięcie w domu poprawczym. Wstawił się za nimi lokalny policjant Jim Harper. Poręczył on za nich przed sądem oraz obiecał zaopiekować się nimi. Chłopcy nie od razu przyjęli wyciągniętą do nich dłoń. Przecież była to dłoń gliniarza. Natomiast fascynowała ich postać Obrońcy (The Guardian – autorzy użyli tego słowa w dwojakim znaczeniu, na co wskazuje pierwszy kadr komiksu: obrońcy prawa i stróża obywateli oraz opiekuna tytułowej grupy chłopców), którym już w pierwszym odcinku stał się Jim Harper. Nie posiada on żadnych super mocy. W Obrońcę przebiera się by skuteczniej od zwykłego policjanta walczyć z kryminalistami lub szpiegami. Przygody grupy chłopców oraz Obrońcy przeplatają się. Wspólnie, chociaż najczęściej początkowo niezależnie od siebie, krzyżują plany złoczyńcom, gangsterom i szpiegom. Po kilku wspólnych przygodach chłopcom wydaje się, że to Harper jest Obrońcą. Niestety nie udaje im się tego udowodnić.

Oprócz przedruku w „Superman’s Pal Jimmy Olsen”, oryginalne zeszyty serii były poza moim zasięgiem (tak dostępności jak i, a może przede wszystkim, finansowym), aż do roku 2010, kiedy to DC Comic wydało pierwszy tom zbiorczego wydania „The Newsboy Legion” obejmujący pierwsze 26 odcinków.

Musisz-to-mieć, w przyjaznej cenie, dla każdego fana duetu Simon & Kirby.

Tuk Tuk: Niewiarygodne i zagadkowe niepowodzenia panów Hilla & Slade’a

Pierwotnie opublikowano na stronie 07 sierpnia 2013

Podczas London Super Comic Convention II w lutym tego roku (patrz zakładka newsy), w rejonie „Artists Alley” gdzie znajdowały się stoiska wydawców niskonakładowych oraz autorów samodzielnie wydających swoje prace, rzuciła mi się w oczy okładka albumu „Tuk Tuk”. Zajrzałem do środka i stwierdziwszy, że do tej pory w komiksie europejskim czy amerykańskim nie widziałem wielu tak niezwykle charakterystycznych rysunków, od razu podjąłem decyzję na tak. Nie zawiodłem się też na samej historii.

Dla opisania zawartości pierwszego tomu tej serii komiksowej, najlepsze będą słowa samego jej twórcy i wydawcy Williama Kirkby.

To nie jest opowieść o heroizmie. Nie jest to także opowieść o Dobru vs Zło. To jest opowieść o spokojnym życiu i głupcach, którzy starają się je osiągnąć…

Tuk Tuk to fikcyjna wersja brytyjskiej kolonizacji Indii, wymieszana ze steampunk’owym zlekceważeniem dla odpowiadającej tamtemu okresowi technologii. Zmiksowana z moimi fragmentarycznymi wspomnieniami oryginalnych zasad gry Lochy i Smoki gdzie złoto=XP, dla mnie oznacza ona kulturę, w której prawdziwi bohaterowie fantasy nie są wojownikami, ćpającymi narkotyki barbarzyńcami lub tryskającymi mocą wieków sędziwymi magami, ale są kupcami goniącymi za szybką gotówką. To wszystko doprowadziło mnie do wyobrażenia sobie „Tylko głupcy i konie” (ang. „Only Fools And Horses”) w scenerii fantasy…

Jeżeli ukaże się drugi tom tego rysowanego niezwykłą kreską, zabawnego i jednocześnie dziwacznego komiksu, bardzo będę chciał mieć okazję do jego nabycia.

Philippe Druillet

Pierwotnie opublikowano na stronie 03 sierpnia 2013

Tym razem przedstawię nie komiks, czy serię komiksową, ale twórcę, którego niemal wszystkie dzieła przemówiły do mnie tak bardzo, że umieściłem je w kolekcji.

Ponieważ nie znam języka francuskiego, w komiksach z tego obszaru językowego interesuje mnie głównie ich strona graficzna. Oczywiście dotyczy to tych komiksów, których przetłumaczone wersje nie ukazały się w językach polskim lub angielskim, z którymi to radzę sobie najlepiej.

Autorem komiksów, w którego pracach strona graficzna odgrywa dominującą rolę, co przejawia się cyzelowaniem szczegółów oraz wysoce artystycznym podejściem do kompozycji strony, jest Philippe Druillet.

Z grafiką Druillet’a po raz pierwszy zetknąłem się w roku 1982 kupując grę fantasy „Labirynt śmierci” opublikowaną w Polsce przez firmę Encore. Szczerze mówiąc, okładka zainteresowała mnie bardziej niż sama gra. Wkrótce dowiedziałem się, że autorem wykorzystanego rysunku był Philippe Druillet, a kadr pochodził z jego albumu komiksowego „Yragael”. Nie mam tylko pewności, czy Encore wykorzystała oryginalny rysunek Druilleta, czy też ich grafik jedynie go odwzorował. Dzisiaj nie mogę tego sprawdzić, gdyż nie posiadam już tej gry. Tak czy owak, od tamtej pory, nazwisko tego twórcy znajdowało się na mojej „muszę-to-mieć” liście. Ponieważ w tamtym okresie nie miałem możliwości skorzystania z zakupu u źródeł (krajów Beneluksu nie miałem okazji odwiedzić, a na internet taki, jakim go znamy dzisiaj, trzeba było czekać jeszcze przez wiele lat), moje poszukiwania trwały długo. Moja cierpliwość została nagrodzona niemal dekadę później podczas jednego z targów komiksowych w Londynie, gdzie z pudła ze starymi albumami udało mi się wygrzebać dwie pozycje w … yes! … języku angielskim. Były to dwa albumy zawierające po dwie opowieści „Lone Sloane” i „Delirius” oraz „Yragael” i „Urm”.

Kilka lat później, korzystając z uprzejmości warszawskiej księgarni Marianna, która specjalizuje się w literaturze francuskiej, zamówiłem kilka kolejnych albumów. Tym sposobem, jedna z pozycji na mojej „muszę-to-mieć” liście została zrealizowana.

Zainteresowanych twórczością Druillet’a odsyłam do opublikowanego w internetowym magazynie KZ obszernego tekstu Tomka Brzozowskiego. Materiał, który polecam, znajduje się tutaj.

ACE Trucking Company

Pierwotnie opublikowano 18 lipca 2013

Dokądkolwiek, kiedykolwiek!
To jeden ze sloganów marketingowych kosmicznej firmy transportowej Ace Trucking Co. Jej właścicielem i jednocześnie kapitanem transportowca Speedo Ghost jest spiczasto-głowy Ace Garp. Jego załogę stanowią ochroniarz GBH (Dead), który uważa się za istotę martwą, szkieleto-podobny Feek the Freek pełniący obowiązki mechanika pokładowego oraz tryskający sarkazmem komputer pokładowy Ghost. Do ekipy dołączył jeszcze Chiefy the Pig-Rat, który, pomimo tego, że ustawicznie ubliża Feek’owi, jest jego najlepszym przyjacielem.

Tej grupy indywiduów niezwykłe przygody w różnych zakątkach kosmosu można było śledzić na stronach brytyjskiego tygodnika „2000AD Weekly”, począwszy od jego 232 numeru. Seria „Ace Trucking Co.” została stworzona przez scenarzystów Johna Wagnera i Alana Granta oraz rysownika Massimo Belardinelli (jedną zamkniętą historię narysował Ian Gibson). Na przestrzeni lat 1981-1988 powstało 650 stron tego komediowego komiksu s-f. Ciekawe jest to, że w momencie, gdy scenarzystom znudził się ten projekt i kilkakrotnie próbowali doprowadzić do zamknięcia serii, czytelnicy magazynu „2000AD Weekly” nie pozwolili na to.

Komiksy prezentowane na łamach „2000AD Weekly” zawierają dużą dozę angielskiego czarnego humoru. Jest to szczególnie charakterystyczne dla serii publikowanych w latach 70-tych do 90-tych. To właśnie ten humor i zabawy słowne, obok scenariuszy i niesamowitych czarno-białych rysunków przedstawiających historie inne od znanych mi wtedy głównie amerykańskich, polskich i nielicznych europejskich komiksów przełomu lat 70tych i 80-tych, przyciągnęły mnie do 2000AD.
Ace Trucking Co. nie zawierało dozy humoru. Z założenia, poczynając od scenariusza Wagnera i Granta, poprzez wymyślony przez nich futurystyczny CB-radio slang Ace Garpa, kończąc na rysunkach Belardinellego specjalizującego się w przedstawianiu wszelkiej maści dziwnie wyglądających obcych, ta seria w całości była kosmiczną (w obu znaczeniach słowa „kosmiczny”) komedią.

Bardzo lubię wracać do tego komiksu. Szczególnie skupiam się na CB-radiowych dialogach Ace Garpa. Staram się na nowo je odczytywać sprawdzając, jak tym razem je odbiorę. Kilku z moich znajomych anglojęzycznych fanów komiksu przyznało mi się, że oni również mieli trudności w natychmiastowym rozumieniu niektórych wypowiedzi Ace’a.

Serię udało mi się skompletować głównie w postaci reprintów w magazynie „The Best of 2000AD Monthly”. W latach 2008 i 2009 firma Rebellion opublikowała dwa tomy zawierające wszystkie odcinki „Ace Trucking Co.”

Domu: The Dreams of Children

Pierwotnie opublikowano 10 lipca 2013

Mangę „Domu”, jej brytyjskie wydanie z roku 1994 (Mandarin Paperbacks), kupiłem kierując się nazwiskiem autora. Po tym, jak wcześniej skompletowałem i przeczytałem „Akirę” (kolorowe wydanie firmy Dark Horse Comics, 1989) byłem przekonany, że cokolwiek wyszło spod pióra i ołówka Katsuhiro Otomo stanowi dobrą lekturę. Poza tym, bardzo lubię japońską SF.

Podobnie jak w „Akirze”, główni bohaterowie „Domu” mają zdolności telekinetyczne i parapsychiczne. Akcja tej sensacyjno-kryminalnej powieści toczy się w olbrzymim apartamentowcu. Dochodzi tam do serii tajemniczych zgonów mieszkańców. Prowadzone policyjne śledztwo nie daje rezultatów. Czytelnik dowiaduje się, że za zgonami stoi stary mieszkaniec budynku znany jako Stary Cho. Wykorzystując posiadane zdolności telekinetyczne prowadzi on dziecięcą zabawę polegającą na odbieraniu fantów od pokonanych przeciwników. Tyle, że w zabawie prowadzonej przez Starego Cho pokonani nie są świadomi uczestnictwa w grze, a pokonanie ich polega na doprowadzeniu ich do śmierci (najczęściej w drodze wypadku mającego znamiona samobójstwa). Na drodze Cho staje dziewczynka Etsuko, która właśnie wprowadziła się do budynku. Ona także posiada zdolności telekinetyczne i parapsychiczne …

Nie pomyliłem się.