Diadem Tamary


Ponieważ seria o kapitanie Żbiku, a w tym również odcinek zatytułowany „Diadem Tamary” znana jest chyba każdemu miłośnikowi komiksu w Polsce, nie zamierzam zanudzać nikogo ich opisem.

Dlaczego więc w moim cyklu „z półki zdjęte” wspominam o tym właśnie zeszycie?

Kiedy miałem czternaście lat, mogłem pochwalić się kolekcją około trzech setek zeszytów komiksowych. Wśród nich znajdowały się tak zwane „klasikery” (Bonanza, Tarzan, Ilustrowani Klasycy, Magnus, Turok), kilka z DC, wiele z Marvel’a, komiksy z DDR’u, ze Szwecji i oczywiście serie z Tytusem, Kapitanem Żbikiem, Hansem Klossem, Podziemny Front i inne.

Komiksy nie były wtedy (i nadal nie są) moją jedyną pasją. Od piątej klasy podstawówki uczęszczałem do klasy sportowej. Ze względu na obecnie ogólną dostępność w sprzedaży i relatywnie niską cenę, dzisiejszej młodzieży może się to wydać nie prawdopodobne. Jednak, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku posiadanie własnej, prawdziwej, skórzanej piłki do nogi było marzeniem niejednego chłopaka. Na mojej ulicy, przy której mieszkało nas kilkunastu, tylko jeden (a może dwóch…?) miał taką piłkę. Chciałem taką mieć i ja. Jedna pasja przezwyciężyła drugą. Sprzedałem niemal wszystkie moje komiksy, w tym całą serię o kapitanie Żbiku, i kupiłem piłkę. Cieszyłem się nią może tydzień, a potem nastąpiła refleksja. Rozpocząłem mozolne negocjacje z kolegami, którym wcześniej odsprzedałem moją kolekcję. Zajęło mi to trochę czasu. Udało mi się odkupić około połowy komiksów, z których więcej niż połowa zdążyła przejść ze stanu dobrego w stan makulaturowy. Następnie, w trakcie kolejnych lat kolekcjonowania udawało mi się dokupić kolejne egzemplarze, do których miałem sentyment. Niektóre z nich zdobyłem po wielu latach, kiedy to ich cena antykwaryczna stała się bardzo „kolekcjonerska”. Patrząc z perspektywy czasu, była to bardzo droga piłka.

Wracając do „Diademu Tamary”. Był to jeden z nielicznych zeszytów, których nie udało mi się odkupić lub kupić ponownie. Pierwotnie dlatego, że nikt z moich znajomych go nie miał (nawet tego wcześniej mojego egzemplarza). Następnie dlatego, że jest pewna granica dla ceny „kolekcjonerskiej”, którą gotowy jestem zapłacić.

Wtedy przyszedł Leszek z Wydawnictwa Ongrys i rozpoczął starania zmierzające do wznowienia cyklu komiksowego o kapitanie Żbiku. Najnowszym ze wznowionych przez niego zeszytów jest właśnie „Diadem Tamary”. Jego zakup stanowi dla mnie klamrę zamykającą sprawę konsekwencji decyzji o sposobie „sfinansowania zakupu piłki do nogi”.

Dziękuję Ci Leszku.
————-
„Diadem Tamary”
scenariusz Zbigniew Bryczkowski; rysunki Grzegorz Rosiński
wydanie II
Wydawnictwo Ongrys, 2018

Prison Ship

O komiksach rysowanych przez Estebana Maroto pisałem już wcześniej. Podobnie, wcześniej pisałem już o komiksach, w których główne role odgrywają bohaterki mające tendencje do częstego występowania w częściowym lub pełnym negliżu.

Taką bohaterką jest Faye, strażniczka na międzygwiezdnym statku więziennym. Stanowi ona jednoosobową załogę statku i ma za zadanie przetransportowanie siedmioro więźniów znajdujących się w stanie hibernacji. To, wydawałoby się, proste zadanie komplikuje się w momencie eksplozji na statku doprowadzającej do wybudzenia więźniów i do ich ucieczki. Uciekinierzy udają się każdy w innym kierunku. Faye musi przemierzyć bezmiar kosmosu w pogoni za zbiegami. Ma ich zatrzymać żywych lub martwych. Nie zdradzę niczego, gdy napiszę, iż to się jej udaje. Przygody związane z pościgiem prowadzą do pointy historii, której jednak nawet nie zainsynuuję.

Jeżeli uda Wam się zdobyć ten komiks to przeczytajcie … i pooglądajcie … sami.

Ta space opera została stworzona na początku lat 80-tych dwudziestego wieku przez Bruce Jones’a (scenariusz) i Estebana Maroto (rysunki) dla wydawcy włoskiego magazynu komiksowego „1984”. Mi udało się zdobyć jej reedycję opublikowaną w tym roku przez IDW Publishing.

Dwaj z Galaktyki Gryfa, czyli kłopoty z ziemskim ruchem drogowym

W 1987 roku w Polsce wylądowali kosmici z galaktyki Gryfa. Dwaj osobnicy o niesamowitych imionach Alfa i Beta pilotowali kosmiczny statek typu RV 15, który rozbił się na terenie PRL.

Kosmici, wyposażeni w wypromiennik do eliminowania zużytych kawałków osobistej powłoki i wyprasowania nowych, chronopress z dźwignią do zmiany czasu i przestrzeni wraz z odtwarzaczem niezbędnych informacji oraz videofix – odbiorczo-nadawcze urządzenie video w kształcie zegarka, na którego ekranie za przyciśnięciem guzika ukazuje się wywołany obraz, wyruszają w podróż w czasie i przestrzeni odwiedzając różne epoki i miejsca na Ziemi. Wszędzie, czy to w starożytnym Egipcie, Grecji, Rzymie lub Chinach, na Dzikim Zachodzie, w kolonialnej Afryce, Francji Ludwika XIV, Wiktoriańskiej Anglii, czy we współczesnych Stanach Zjednoczonych Ameryki doświadczają konieczności poznania, nauczenia się i stosowania zasad ruchu drogowego. To właśnie brak znajomości środków komunikacji ziemskiej oraz zasad ruchu drogowego doprowadził do rozbicia ich statku RV 15.

Odbywszy pouczającą podróż w czasie i przestrzeni wracają do PRL, skąd zabiera ich statek ratowniczy wysłany z Galaktyki Gryfa.
Autorami tej opowieści, przedstawionej w formie diariusza spisanego przez kosmitów oraz bogato uzupełniających go historyjek komiksowych, które w przystępny sposób obrazują stosowanie obowiązujących znaków drogowych, są Krystyna Boglar i Miroslaw Tokarczyk. Wydawcą tej publikacji była Młodzieżowa Agencja Wydawnicza. Nakład … 90.000 egzemplarzy 😉 , z czego 30.000 w twardej oprawie.

Jon Anderson „Olias of Sunhillow”

Wprawdzie nie komiks, ale jakoś tak mi się zdjęła z półki ta trochę dziwna, trochę alegoryczna, fantastyczna opowieść muzyczno-graficzna.

Planetę Sunhillow zamieszkują cztery plemiona, które w magicznej harmonii z naturą żyją muzyką, taktami i rytmami.
Przewidując nieuniknioną katastrofę mającą zniszczyć planetę, trzech mistyków Olias, Ranyart i Qoquaq za pomocą śpiewu przekonują faunę i florę planety by te oddały swe życia i ciała jako budulec dla ogromnego statku kosmicznego Moorglade Mover. Przywołane śpiewem mędrców plemiona wsiadają na statek, który odlatuje w przestrzeń kosmiczną tuż przed erupcją planety, która ku rozpaczy pasażerów rozpada się „na miliony cichych łez”.
Tak rozpoczyna się długa podróż na Asgard.

+++

Będąc jeszcze uczniem liceum, codziennie słuchałem Programu III Polskiego Radia, głównie audycji muzycznych i satyrycznych.
Było to w roku 1976. Jeden z muzycznych prezenterów Trójki przedstawił jeszcze ciepłą, wydaną przez wytwórnię Atlantic, pierwszą, solową płytę Jona Andersona (znanego z zespołu Yes) „Olias of Sunhillow”. Polegało to nie tylko na odegraniu samej płyty w całości. Prezenter (wow, on ją miał wtedy w rękach) opisał graficznie ciekawą, 6-stronicową okładkę tego „concept albumu” oraz streścił historię muzycznie opowiadaną przez Andersona, który śpiewał i sam grał na wszystkich instrumentach.

Okładkę płyty zaprojektował David Fairbrother Roe.

Po takim zanęceniu, jakże wtedy chciałem posiadać tę płytę. Nie miałem jednak ani środków (zagraniczna waluta była bardzo droga i praktycznie nielegalna), ani możliwości sprowadzenia płyty z zagranicy (żadnego marynarza w rodzinie).
Dopiero po wielu latach udało mi się znaleźć i kupić ten longplay i … no… i go mam, i od czasu do czasu słucham 😉

Kája Saudek

„Psychiatra wskazałby mi na to, że moje całe życie kręci się wokół komiksów. Jednak ja, dzięki tej literaturze dla niepiśmiennych, nauczyłem się czytać w wieku pięciu lat.
Kája Saudek”

Jest to bardzo mi bliskie motto publikacji, którą właśnie zdjąłem z półki.

Jako miłośnik twórczości Káji Saudka, musiałem nabyć to grube tomiszcze. To nic, że jest to wydanie w języku czeskim. Z racji oczywistej znajomości języka polskiego jestem w stanie co nieco zrozumieć z tego co o Káji Saudku i o jego twórczości napisali autorzy Helena Diesingova i Tomáš Prokůpek. Najistotniejszym dla mnie jest fakt, iż na stronach tej obszernej publikacji znajduje się mnóstwo reprodukcji rysunków, stron komiksowych i obrazów tego najbardziej znanego i cenionego czeskiego rysownika komiksów. Zajmują one (900 reprodukcji) ponad trzy czwarte zawartości tej mającej 530 stron monografii.

Całość podzielona jest na rozdziały obejmujące: dojrzewanie i poszukiwania; rysunki i plakaty do filmów kinowych i telewizyjnych; komiksy i rysunki; reklamy i grafika użytkowa; dekoracje; rysunki erotyczne; następcy, uczniowie i naśladowcy.
Wydawcą tego tomu jest Arbor Vitae. Data publikacji 2013.

O komiksie Saudka „Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů” napisałem w tej rubryce wcześniej.

Kolejne pozycje z twórczości Saudka zdejmę z półki przy innej okazji.

Krucjata dziecięca

Krucjata dziecięca – łączna nazwa nadana dwóm wyprawom krzyżowym, które prawdopodobnie miały miejsce w roku 1212. Ich uczestnikami były głównie dzieci francuskie i niemieckie, które, zgodnie z planem organizatorów, przez samą niewinność i czystość serca miały oswobodzić Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Wyprawy te zakończyły się klęską. Żadna z nich nie dotarła do Ziemi Świętej, a ich uczestnicy w większości zginęli lub stali się niewolnikami.

Według współczesnych badań historycznych (między innymi holenderskiego historyka Petera Raedtsa) uczestnikami tych wydarzeń nie były wyłącznie dzieci. Były to liczne grupy biedaków, które wałęsały się na terenach Francji i Niemiec. Tylko nieliczne z nich próbowały dostać się do Ziemi Świętej. Pozostałe w ogóle nie miały takiego zamiaru.

Rolf Gohs, szwedzki rysownik komiksów urodzony w Estonii, znany głównie jako autor grafik na okładki do szwedzkiej serii „Fantomen” oraz twórca autorskiej serii „Mystiska 2:an”, zinterpretował legendę o krucjacie dzieci francuskich. Jego komiks „Dom Oskyldiga” (Niewinne) został opublikowany w numerach 21-23/2002 serii „Fantomen”.

Krucjata dzieci francuskich (według Wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Krucjata_dzieci%C4%99ca

W maju 1212 roku król Francji Filip II August odprawiał sądy w Saint-Denis. Wtedy to zjawił się przed nim dwunastoletni pastuszek Stefan (Etienne) z Cloyes. Poinformował on króla, że objawił mu się Jezus Chrystus, który wręczył mu list upoważniający go do zorganizowania krucjaty do Ziemi Świętej. Król nie potraktował chłopca poważnie i kazał mu wracać do domu. Nie zrażony tym Stefan zaczął wygłaszać kazania przed opactwem Saint-Denis. Głosił w nich, że na czele gromady niewinnych dzieci wyruszy do Jerozolimy i wyzwoli ją z rąk muzułmanów. Stefan okazał się być dobrym mówcą, a tłumy dzieci zaczęły ściągać na jego wezwanie. Ośmielony tym sukcesem, rozpoczął wędrówkę po Francji, apelując do dzieci o udział w wyprawie. Wyznaczył termin wyruszenia i miejscowość Vendôme, jako miejsce zbiórki. Zapowiadał, że morza będą rozstępowały się przed nimi, tak że suchą nogą dojdą do Palestyny.

Pod koniec czerwca 1212 roku, w wyznaczonym przez niego terminie, gromady dzieci zebrały się w Vendôme, skąd miała wyruszyć krucjata. Było ich około trzydziestu tysięcy (niektóre współczesne źródła mówią, że pół miliona). Ich średnia wieku – 12 lat. Dzieci przybyły z różnych regionów Francji. Większość z nich stanowili chłopcy z rodzin chłopskich, trafiali się też z rodów rycerskich. Niektórzy uciekli z domu, inni wyruszali z błogosławieństwem rodziców. Oprócz chłopców stawiła się też grupa dziewczynek i pewna liczba młodych księży oraz dorosłych pielgrzymów. Stefan przyjął za godło krucjaty Oriflamme – bojowe godło królów francuskich.

Po udzieleniu błogosławieństwa przez garstkę przychylnych krucjacie księży, gromady dzieci wyruszyły na południe. Uczestnicy krucjaty traktowali Stefana jak świętego proroka, a pukle jego włosów i strzępy jego ubrania jak relikwie. Podczas marszu krzyżowcy żywili się tym, co dostarczała im miejscowa ludność. Jeśli jedzenia brakowało – głodowali. Wiele dzieci zmarło po drodze wskutek głodu oraz dużych o tej porze roku upałów. Kiedy doszli do Marsylii, zostali tam przyjęci serdecznie. Marsylczycy nakarmili ich i dali im noclegi.

Następnego dnia morze jednak nie chciało się rozstąpić, jak obiecywał Stefan na początku krucjaty. W tej sytuacji część dzieci oskarżyła go o oszustwo, opuściła krucjatę i wróciła do domów. Reszta zdecydowała się czekać, aż morze się rozstąpi. Po kilku dniach dwóch marsylskich kupców Hugon Ferrus (Żelazny) i Wilhelm Porcus (Świnia) zaoferowali, że przewiozą dzieci za darmo do Palestyny. Stefan przyjął tę propozycję. Dzieci wsiadły na siedem wynajętych przez kupców okrętów i wyruszyły w morze.

W 1230 roku przybył ze Wschodu do Francji duchowny, który twierdził, że był uczestnikiem dziecięcej krucjaty. Był jednym z księży, którzy towarzyszyli dzieciom i razem z nimi wsiedli na statki. Według jego relacji kilka dni po wypłynięciu dwa z siedmiu okrętów zatonęły podczas burzy w okolicach wyspy San Pietro, zaś pasażerowie pozostałych pięciu zostali sprzedani Saracenom jako niewolnicy, zgodnie z umową, jaką zawarli wcześniej dwaj marsylscy kupcy z odbiorcami egipskimi. Część dzieci trafiła do Egiptu, reszta została sprzedana na rynku niewolników w Bagdadzie. Ten, który powrócił, zawdzięczał swoje ocalenie umiejętności pisania i znajomości łaciny. Dzięki temu dostał pracę w kancelarii al-Kamila zarządcy Egiptu, syna al-Adila, a z czasem został wyzwolony.

Szpilki

W latach 70-tych XX wieku (uczęszczałem jeszcze do szkoły podstawowej) od czasu do czasu udawało mi się kupić pismo satyryczne „Karuzela”. Głównie dla rysunków satyrycznych, które stanowiły podstawową zawartość pisma.

W tamtym czasie publikowane było jeszcze jedno pismo satyryczne, na które uwagę zwróciłem nieco później. Były to „Szpilki”. Kupowałem je rzadziej, gdyż w odróżnieniu od „Karuzeli” rysunki stanowiły uzupełnienie literackiej zawartości. Zamieszczane tam teksty adresowane były przecież do odbiorcy starszego niż dwunastolatek. Dlatego , pierwotnie, głównym argumentem za nabywaniem pisma była jego warstwa graficzna. Nieco później zainteresowały mnie teksty plejady polskich satyryków.

We wstępniaku do numeru 41 (1623) z 08 października 1972 napisano: „Oto trzymacie w ręku jeden z najbardziej niezwykłych numerów „Szpilek”, jakie ukazały się na przestrzeni 37-letniej już historii naszego pisma. Jest to numer od początku do końca poświęcony komiksom.” Okładkę narysował Andrzej Dudziński.

Rzeczywiście, pomimo tego, że wcześniej na stronach pisma sporadycznie pojawiały się komiksowe jednoplanszówki lub paski, to ten właśnie numer komiksy wypełniły w całości. Była to prezentacja kilku najbardziej znanych światowych tytułów i serii: Superman, Tarzan, Mały Król, Peanuts, Flash Gordon, Barbarella, The Mighty Thor, Kapitan Kloss (parodia), Przygody Koziołka Matołka, Asterix, Fantom, makabryczne poczucie humoru Roberta Crumba. Prezentacja ta miała charakter „zanęty” ponieważ żaden z cytowanych komiksów (poza parodią Hansa Klossa i oczywiście Peanuts) nie został przedstawiony jako zamknięty epizod. Dla wielu czytelników, szczególnie młodych, było to odsłonięcie innego świata, w którym komiks istniał w wielu różnych formach graficznych, miał zróżnicowaną tematykę, był adresowany do różnych grup wiekowych.

W następnych numerach pisma komiks gościł częściej. Były to głównie jednoplanszówki, za stronę graficzną których odpowiadali tacy mistrzowie rysunku satyrycznego jak: Andrzej Dudziński, Andrzej Mleczko, Edward Lutczyn, Andrzej Klimczuk, Antoni Chodorowski, Piotr Chrobok, Jerzy Flisak, Andrzej Nowicki, Eryk Lipiński, Julian Bohdanowicz, Zbigniew Ziomecki, Janusz Wiśniewski, Andrzej Barecki, Wacław Potoczek, Zygmunt Zaradkiewicz, inni.

Wreszcie, w numerze 14 (1977) z 01 kwietnia 1977 roku redakcja poinformowała czytelników, iż „od dzisiaj „Szpilki” stają się pismem komiksowym”. Rzeczywiście, cały numer wypełniły komiksy polskich autorów. Potem…wszystko wróciło do normy 😉

Wydawcą pisma było Krajowe Wydawnictwo Czasopism RSW „Prasa”.

Shakara!

Aby nikomu nie odebrać przyjemności z przeczytania tego komiksu, nie napiszę o nim wiele. W ten sposób uniknę spojlerowania, które w przypadku tej opowieści zabije cały suspense.

Historia rozpoczyna się zagładą współczesnej Ziemi (już na pierwszej stronie) oraz śmiercią ostatniego ziemianina (na trzeciej). To tyle, by zasugerować fakt, iż dzieje się ona współcześnie. W sumie, jest to nieistotne dla całości opowieści. Był to przejaw swoistego czarnego humoru, charakterystycznego dla wielu twórców współpracujących z brytyjskim magazynem „2000AD”. Pomijając ten epizod, opowieść toczy się w bliżej nieokreślonych przestrzeniach kosmosu zamieszkiwanych przez różnorodne, inteligentne rasy wykorzystujące wysoce zaawansowaną technikę. Główną postacią jest osobnik, który pojawia się w różnych miejscach kosmosu i dokonuje masakr określonych, najczęściej przedstawionych w negatywnym świetle ras. Nic o nim nie wiadomo, poza tym, że praktycznie jest niezniszczalny, włada techniką o olbrzymiej mocy bojowej i dla tylko sobie znanych powodów pała nienawiścią do zaatakowanych ras oraz do Hierarchii sprawującej władzę pośród niezliczonych, stowarzyszonych światów. Jedynym (do chwili, gdy autorzy ujawnią więcej) wytłumaczeniem motywów jego działania jest okrzyk „Shakara!”.

Robby Morrison (sc.) oraz Henry Flint (rys.) opowiedzieli tę historię na łamach brytyjskiego magazynu „2000AD”. Pierwszy epizod ukazał się w numerze 1273 w roku 2001. Następne, składające się na pięć części, były publikowane z przerwami w latach 2001-2002, 2005, 2008, 2009 i 2011. Ostatni wydrukowano w numerze 1727. Później, całość została zebrana w dwóch tomach opublikowanych przez wydawnictwo Rebellion.

Niech powyższe oraz przykładowe rysunki wystarczą za wytłumaczenie mojego zainteresowania tym komiksem.

Metamorpho

Po raz pierwszy tekst zamieszczona na stronie 26 lipca 2017.

W roku 1968, w zalążku mojej kolekcji pojawiły się pierwsze amerykańskie komiksy firmy DC – Batman, Detective Comics, Spectre, Hawkman, Superman.

Znajdowały się w nich reklamy zeszytów innych serii publikowanych równolegle. W ten sposób dowiedziałem się o wielu bohaterach z uniwersum DC. Wśród nich znajdował się Metamorpho. Reklama okładki 15-tego zeszytu jego serii zafascynowała mnie.

Dla dziesięciolatka, w Polsce lat 60-tych XX wieku, było to coś niesamowitego. Fantastyczność postaci przedstawionej na tej okładce przebiła wszystkich dotychczas poznanych bohaterów. Koniecznie musiałem zdobyć ten komiks. Musiałem poznać tego bohatera oraz jego, na pewno wspaniałe, przygody. Jakiś czas później, u jednego z moich kolegów miałem okazję przejrzeć niemiecki (a może holenderski), czarno-biały przedruk jednego z zeszytów. Egzemplarz ten „wyciekł” z którejś z polskich drukarni pracujących na zlecenie zachodnich wydawców. Obejrzane strony utrwaliły mnie w marzeniu posiadania tamtego, reklamowanego zeszytu.

W miarę upływu czasu pozostało tylko wspomnienie marzenia. Aż nagle, po około ćwierćwieczu, uczestnicząc w jednej z giełd komiksowych w Londynie … „se idę i se patrzę” … jeden z wystawców miał ten zeszyt na stole. Nawet nie próbowałem negocjować ceny. Nieco później udało mi się zdobyć jeszcze kilka innych zeszytów serii. Ostatecznie, z sentymentu do dziecięcego marzenia, nabyłem przedruk całej serii zebranej w czarno-białej publikacji „DC Showcase”.

Twórcą postaci Metamorpho the Element Man był Bob Haney. Pierwotnie miała to być parodia fantastycznych bohaterów licznie pojawiających się w komiksach tamtego czasu. Poza scenariuszem, wskazują na to rysunki Ramony Fradon przedstawiające bohaterów komiksu w nieco karykaturalny sposób.

Metamorpho pojawił się po raz pierwszy w styczniu roku 1965 w 57 numerze „The Brave And The Bold”. Od razu spodobał się czytelnikom. To doprowadziło do publikacji jego przygód w jego własnej serii. W latach 1965 do 1968 ukazało się 17 zeszytów.

Głównym bohaterem komiksu jest podróżnik i poszukiwacz przygód Rex Manson. Pracując na zlecenie Simona Stagga właściciela firmy Stagg Enterprises zakochał się ze wzajemnością w córce Stagga, Sapphire. Nie spodobało się to ojcu dziewczyny, który postanowił pozbyć się Mansona. Wysłał go w kolejną podróż do Egiptu, gdzie miał on odnaleźć Oko Ra. Wraz z nim wysłał swojego ochroniarza Java, który był rozmrożonym przez Stagga neandertalczykiem, któremu ilora inteligencji został sztucznie podwyższony przez Stagga, i który podkochiwał się w córce Stagga. Zlecił mu zabójstwo Masona. Po znalezieniu Oka Ra, Java ogłuszył Masona i zamknął w piramidzie wraz z pozostałymi tam artefaktami. Wśród nich był meteoryt, z kawałka którego wykonano Oko Ra, a którego działanie na organizm podróżnika spowodowało jego transformację. Stał się dziwadłem ze zdolnością do zmiany swojego ciała lub jego części w jeden konkretny pierwiastek lub związek chemiczny. Siłą woli może zmieniać swoje ciało lub jego części ze stanu stałego w stan lotny albo płynny. Może formować je w rozmaite kształty i przedmioty (sprężyny, skrzydła samolotu, a nawet tak skomplikowane jak armata czy różnego rodzaju pojazdy). Praktycznie niezniszczalny, posiada jedną słabość. Podobnie, jak Supermana obezwładnia kryptonit, tak Metamorpho staje się bezsilny w pobliżu Oka Ra. Główne wątki serii to utrzymująca się miłość pomiędzy Rexem i córką Stagga, zazdrość i knowania Javy, próby wykorzystywania Metamorpho przez Stagga, który ma możliwość kontrolowania go z pomocą Oka Ra, oraz ogólnie walka ze złem, kryminalistami, szalonymi naukowcami, przybyszami z kosmosu.
Po zamknięciu serii, popularny w tak zwanym „srebrnym wieku” komiksu amerykańskiego bohater zniknął na wiele lat. Ponownie pojawił się w uniwersum DC po latach. Ale to już inna historia.

Mickey Mouse „Cafe Zombo” par Regis Loisel

Po raz pierwszy tekst umieszczono na stronie 23 czerwca 2017.

Mając na uwadze liczbę posiadanych woluminów, już od pewnego czasu staram się nie kupować komiksów w językach, których nie znam.

Jednak zdarza mi się to. Rzadko, ale jednak.

Nie znam języka francuskiego, ale nie przeszkodziło mi to w dokonaniu zakupu tego wydawnictwa. Usprawiedliwiając sam siebie znalazłem cztery powody:
• nazwisko twórcy – Regis Loisel
• bohaterowie opowieści – Mickey Mouse i plejada jego wczesnych towarzyszy przygód Minnie Mouse, Donald Duck, Pluto, Clarabelle Cow, Goofy, Horace Horsecollar oraz antagonistów Peg-Leg Pete czy Sylvester Shyster.
• rysunki, scenografie – nawiązujące do tych oryginalnych Floyda Gottfredsona z lat 30-tych poprzedniego wieku
• sposób prowadzenia opowieści umożliwiający zrozumienie niemal wszystkiego, poza zasadniczą częścią dialogów – powrót do czasów dzieciństwa, gdy zbieraliśmy i „czytaliśmy” komiksy nie znając żadnego obcego języka.

Za tę sentymentalną przygodę odpowiedzialna jest firma Éditions Glénat, która opublikowała ten album w roku 2016.

Ps. Dla zainteresowanych komiksami z bohaterami Disneya.
Napisałem o nich tutaj _ http://znakomiks.com.pl/2017/12/09/mickey-mouse-donald-duck-and-co/