Planet of The Damned

Pierwotnie opublikowano na stronie 27 października 2016

W maju roku 1978, w pierwszym numerze brytyjskiego magazynu komiksowego “Starlord” rozpoczęto publikację opowieści „Planeta Przeklętych”.

Tytułowa planeta jest miejscem, do którego z Ziemi, w różnych momentach w historii, poprzez występujący w Trójkącie Bermudzkim strumień energii łączący dwa światy, wciągnięte zostają statki lub samoloty wraz z ich załogami i pasażerami. Czytelnik trafia na tę planetę wraz z załogą i pasażerami transatlantyckiego liniowego Tri-Star Jeta. Szybko okazuje się, że planeta jest śmiertelną pułapką, w której wszystko jest agresywne. Rodzimi mieszkańcy, posiadający zdolność plucia silnym kwasem, nieustannie atakują ludzi. Jedne rośliny atakują by zabić, inne posiadają zdolność rozpoznawania potrzeb ludzi i naturalne dążenie do ich zaspokajania. Często jednak kończy się to śmiercią uszczęśliwianych ponad miarę ludzi. Z chmur pada deszcz w postaci żrących kwasów. Wyglądające na czyste zbiorniki wodne okazują się być magazynami trucizn lub kwasów. Agresywnie wyglądające zwierzęta są agresywne. Takimi są również te śliczniutkie i niewinnie wyglądające. A ludzie? No cóż, ludzie są ludźmi. Agresję mają wpisaną w swoją naturę. Wydaje się też, że ulegają oni wpływowi planety. W pobliżu łączącego dwa światy strumienia energii koczuje załoga niemieckiego U-bota, którego dowódca oszalał. Jest tam grupa amerykańskich pilotów wojskowych, którzy zwrócili się ku kanibalizmowi i uwielbiają torturować swoje ofiary. Jest też grupa ludzi, która znalazła schronienie w otoczeniu przyjaznych roślin, których wytresowanie wielu z nich przypłaciło życiem. Jedynym rozsądnym człowiekiem na planecie wydaje się być Flint, bosman angielskiego (oczywiście, przecież to angielski komiks dla angielskiej młodzieży) brygu, który został przez strumień energii wciągnięty do tego świata 150 lat przed pasażerami Tri-Star Jeta. To on samorzutnie podejmuje się opieki nad nowo przybyłymi.

Nie zdradzę nic więcej z fabuły tej krótkiej serii. Jej opowiedzenie zajęło autorom około 50 stron na łamach dziesięciu kolejnych numerów magazynu „Starlord”. Wydaje się, że z jakiegoś powodu zakończyli oni swoją opowieść wcześniej niż zamierzali. Wskazują na to jej trzy ostatnie strony z numeru 10-tego, gdzie historia galopuje ku finałowi.

Scenariusz tego komiksu napisał Pat Mills ukrywający się pod pseudonimem R.E.Wright. Stronę graficzną wspaniale zrealizowali Horacio Lalia, Jesus Suso Pena Rego i Alfonso Azpiri. Przy dającej się zauważyć w scenariuszu (przypadkowej?) wtórności ze wcześniejszymi pomysłami innych pisarzy (trylogia S-F „Planeta śmierci” Harrego Harrisona ?), to właśnie czarno-białe rysunki wykonane w stylu charakterystycznym dla tamtego czasu są tym, dla czego zdecydowałem się przypomnieć ten komiks.

Batman 3-D

Pierwotnie opublikowano na stronie 05 sierpnia 2016

W roku 1990, nakładem DC Comics Inc. ukazał się album „Batman 3-D”.
Trzy rzeczy pomogły mi podjąć decyzję o zakupie tego wydawnictwa.

Pierwszą z nich było zastosowanie techniki separacji druku dla osiąnięcia złudzenia trójwymiarowości obrazu (anaglifu) przy oglądaniu stron komiksu przez specjalne, dwukolorowe okulary.
Na początku lat 50tych XX wieku, młodzi rysownicy Joe Kubert oraz Norman Maurer opracowali metodę produkcji trójwymiarowych komiksów. Ich pierwszy trójwymiarowy komiks „Mighty Mouse” ukazał się w roku 1953. To zapoczątkowało boom. Trwał on bardzo krótko bo około pół roku, w którym to czasie wielu wydawców przesyciło rynek komiksowy publikacjami 3-D. Dzisiaj stanowią one ciekawostki (rarytasy?) w kolekcjach zbieraczy komiksów. W latach późniejszych, trochę z nostalgii do oryginalnych komiksów 3-D, ponownie zaczęły pojawiać się nowe takie publikacje. Głównie za sprawą małych, niezależnych oficyn wydawniczych. Kilka z takich wydań trafiło do mojej kolekcji. Dlaczego więc kolejne?

Drugim powodem była postać Batmana, którego w formacie 3-D nie miałem jeszcze okazji czytać. Ba, wcześniej nie wiedziałem tego, że DC Comics również miało swój udział w boomie lat 50tych. W roku 1953, w zeszycie zatytułowanym „Batman Adventures in Amazing 3-D Action” wydrukowano opowiadanie „The Robot Robbers”, które do 3-D zostało zaadoptowane z zeszytu „Batman” nr 42, który ukazał się w roku 1947. Przedruk tego opowiadania uzupełnia opisywaną tutaj publikację.

Trzecim powodem było nazwisko autora komiksu, który znalazł się w tym albumie – John Byrne. Jako scenarzysta, a często także jako rysownik, miał on swój udział przy tworzeniu historii o niemal każdym bohaterze z uniwersum Marvel’a oraz DC. Jednak dopiero to wydanie zawiera jego pierwszy, pełnometrażowy komiks o Batmanie. Nosi on tytuł „Ego Trip”.

Tego samego dnia, z więzienia ucieka czwórka przestępców. Są nimi Penguin, Joker, Riddler i Two-Face. Wraz z przekazaniem policji nagrania video, w którym Penguin przyznaje się do spowodowania zabójstwa niejakiego Herdimana Twine, rozpoczyna się kilkupoziomowa gra, w której wszyscy bohaterowie (razem i każdy z osobna – Batman i czwórka przestępców) są jednocześnie ścigającymi i ściganymi. Myślę, że nie będzie spoilerem, jeżeli napiszę, że „chyba wiecie, kto ostatecznie wygra tę grę?”.

Album uzupełnia galeria trójwymiarowych pin-up’ów, których autorami są: Alex Toth, Bret Blevins & Al. Williamson, Dave Gibbons, Barry Windsor-Smith, George Perez, Art Adams, Mike Zeck, Jerry Ordway, Jim Aparo, Mike Mignola oraz Klaus Janson. Hm, czwarty powód?

Groo The Wanderer

Pierwotnie opublikowano na stronie 01 sierpnia 2016

W trzecim numerze magazynu “Z.N.A.K.” przedstawiłem komiks Jack’a Kirby i Steve’a Gerbera Duck the Destroyer”.

W pierwszym zeszycie tej serii, obok Kaczora Niszczyciela, jako uzupełnienie objętości wydania, zadebiutowała jeszcze inna postać. Był to Groo The Wanderer. W przeciwieństwie do tytułowej postaci zeszytu, która została wykreowana w określonym celu (czytaj w Z.N.A.K. nr 3), na przestrzeni lat Groo doczekał się własnych serii, wydań zbiorczych, kart kolekcjonerskich, cross-over’a z Conanem.

Twórcą Groo jest Sergio Aragonés. Wymyślił tę postać już w latach 70-tych XX wieku. Jednak ze względu na to, że wydawcy nie zezwalali twórcom na zachowanie praw autorskich do wykreowanych przez nich postaci, czekał on na nadarzającą się możliwość. Ta pojawiła się w roku 1981 przy okazji komiksu „Duck The Destroyer”, który niezależna oficyna Eclipse Comics opublikowała z intencją zebrania funduszy na obronę praw autorskich Steve’a Gerbera do postaci Howard The Duck. Kilka miesięcy później Groo pojawił się w numerach 4 i 5 serii „Starslayer” wydawanej przez Pacific Comics. W roku 1982 Pacific Comics rozpoczęło publikację regularnej serii „Groo The Wanderer”, która po ośmiu zeszytach „przeszła” do Eclipse (jeden zeszyt), dalej do filii Marvel Comics Group – Epic Comics (120 zeszytów), potem do Image Comics (dwanaście zeszytów), by ostatecznie w roku 1998 znaleźć się pod szyldem Dark Horse.

Od samego początku, przy tworzeniu historii Groo, z Sergio Aragonés współpracuje Mark Evanier, który pisze wszystkie dialogi.

Postać Groo jest parodystyczną odpowiedzią na serie komiksów z cyklu miecza i szpady, a w szczególności tych o Conanie.

Posiadając wyjątkowe zdolności w posługiwaniu się dwoma katanami Groo zarabia na życie jako najemnik lub, odkładając miecze na bok, podejmując się różnych drobnych prac. Jest on totalnym, prostolinijnym głupkiem, który wogóle nie potrafi zrozumieć otoczenia oraz sytuacji w których się znajduje i który bez namysłu rzuca się w wir walki. Mimo tego, że do życia jest nastawiony pokojowo, uwielbia bójki (drobne i wielkie bitwy), które sam powoduje lub, w których z własnej inicjatywy staje po jednej ze zwaśnionych stron ostatecznie ze szkodą dla obu, gdy w trakcie walki zapomina po której stronie stoi. Często staje się narzędziem w rękach innych ludzi. Przy swojej głupocie, jak magnes, ściąga na siebie kłopot za kłopotem. Najczęściej, mając dobre zamiary doprowadza do jatki za jatką i do destrukcji wszystkiego wokoło. W świecie, w którym przeżywa swoje przygody, a który przypomina średniowieczną Europę (chociaż zawędrował także do Afryki, Japonii czy Bliskiego Wschodu), i który również zamieszkują dinozauropodobne istoty, znany jest z tego, że jego pojawienie się oznacza sterty trupów i zgliszcza. Już tylko wieść o jego możliwym przybyciu powoduje panikę we wsiach i miastach. Jedne przygody Groo kończą się pozostawianymi w tyle destrukcją i haosem przy jego braku świadomości o tym. W innych ucieka przed ścigającym go rozwścieczonym tłumem. Ale zawsze jest on przekonany o tym, że to co zrobił to zrobił najlepiej jak potrafi.

Seconds

Pierwotnie opublikowano na stronie 29 czerwca 2016

Kanadyjski twórca komiksów Bryan Lee O’Malley stał się znany dzięki swojej serii komiksów „Scott Pilgrim”, za którą otrzymał kilka nagród i wyróżnień (Eisner Award, dwie Harvey Awards, Doug Wright Award oraz Joe Shuster Award), i na podstawie której stworzono film aktorski oraz grę komputerową. Jej bohaterem jest chłopak Scott – młody muzyk, który zakochuje się w Amerykance o imieniu Ramona i przez to jest zmuszony zmierzyć się w pojedynkach, dosłownie, z jej wszystkimi byłymi chłopakami (i dziewczyną).

Po sukcesie serii, O’Malley postanowił narysować nowy komiks, tym razem z żeńską protagonistką. „Seconds”, wydany w 2014 nakładem Ballantine Books, opowiada o młodej szefowej kuchni o imieniu Katie, która planuje otworzyć nową restaurację. Nie jest to dla niej łatwą sprawą. Często zmuszana jest do podejmowania decyzji, zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym, i podejmuje je pochopnie. Pewnego dnia, budząc się zauważa ona w sypialni obecność białowłosej dziewczyny. Ta wręcza jej notatnik, małego jadalnego grzybka i instrukcję, jak wykonać magiczne zaklęcie, które pozwoli na naprawienie popełnionych w przeszłości błędów. Niedługo potem Katie odnajduje jeszcze więcej magicznych grzybów, które zaczyna wykorzystywać dokonując wiele zmian w swojej przeszłości. Jednak, im więcej próbuje naprawić, tym bardziej życie wymyka się spod jej kontroli.

Poprzez działania dziewczyny dostrzegamy dwuznaczność tytułu komiksu. Tytułowe „Seconds”, będące nazwą restauracji Katie, oznacza “dokładki”, ale może również oznaczać “powtórki”. I właśnie z tych wielu powtórek korzysta bohaterka, próbując ułożyć sobie życie. Jednak czy zmiana naszych decyzji z przeszłości zawsze gwarantuje nam pomyślne rozwiązanie naszych dzisiejszych problemów? Czy zawsze możemy przewidzieć wszystkie konsekwencje naszych czynów?

W swoich rysunkach, O’Malley zdaje się nawiązywać do mang. Wybrana przez niego paleta kolorów jest ograniczona, co nadaje ilustracjom specyficzny klimat wpasowujący się w fantastyczną, nadprzyrodzoną tematykę komiksu. Jednocześnie, gruba kreska sprawia, że czytelnik z łatwością podąża za, jednak, zabawną fabułą i docenia humorystyczne sytuacje, których jest całkiem sporo w tej opowieści.

Valentina

Pierwotnie opublikowano na stronie 15 czerwca 2016

W roku 1965 włoski twórca komiksów Guido Creppax wykreował postać fotoreporterki Valentiny. Pierwotnie była ona bohaterem drugoplanowym, towarzyszącym głównemu protagoniście serii komiksowej Neutron. Pierwszy epizod, w którym się pojawiła nosił tytuł „La curva di Lesmo”. Tytuł jest nawiązaniem do zakrętu we włoskim Grand Prix Formuły 1 w Monza. Nie trwało długo zanim Valentina doczekała się serii, w której grała główną rolę. Stało się to w roku 1967. Na przestrzeni lat powstało około 30 opowiadań z jej udziałem. Ostatnie z nich ukazało się w roku 1995.

Początkowo, w serii przeważała tematyka detektywistycznej science-fiction i fantasy. Jednak od momentu zdominowania jej przez postać Valentiny na pierwszym planie pojawił się seks. Creppax stopniowo dodawał dziwną i złożoną mieszankę erotyzmu, halucynacji i marzeń sennych. Komiks zdecydowanie zaczął ocierać się o pornografię.

Powodem, dla którego przypominam ten komiks jest jednak muzyka. W roku 2015 ukazała się płyta zatytułowana „La curva di Lesmo”. Zespół muzyków, którym w trakcie nagrywania tej płyty przewodzili Fabio Zuffanti (kompozytor, basista z Genui we Włoszech) oraz Stefano Agnini (włoski keybordzista i kompozytor) nie przyjął żadnej nazwy. Stąd tytuł płyty jest jednocześnie nazwą tej grupy sesyjnej. Utwory na płycie stanowią rock progresywny w najlepszym wydaniu a są inspirowane komiksem Guido Creppaxa. Wskazuje na to nie tylko nawiązujący do pierwszego opowiadania z Valentiną tytuł krążka, ale również jego szata graficzna. Ilustracje zdobiące opakowanie płyty zostały wykonane przez Creppaxa.

Batman and Robin – The Sensational Guitars of Dan and Dale

Pierwotnie opublikowano 01 marca 2016

W dwunastym numerze magazynu “Znakomiks” zamieściłem tekst pt. „Muzyka & komiks”. Zawarte tam informacje stanowią jedynie fragment czubka góry lodowej.

Komiksy przedstawiające historie muzyków i piosenkarzy, dołączane do płyt komiksy ilustrujące utwory muzyczne albo przedstawiające prawdziwe lub wyimaginowane przygody wykonawców, płyty z muzyką ilustrującą komiksy i dołączane do nich, piosenki nawiązujące do bohaterów komiksów, całe płyty inspirowane komiksami lub ich bohaterami. Jest ich bardzo dużo. Zapewne jeszcze nie jedną taką rzecz „znajdę” na moich półkach … albo na nich umieszczę.

Tym razem postanowiłem zdjąć z półki płytę.

W roku 1966, w czasie, gdy w USA emitowana była telewizyjna seria „Batman” z Adamem Westem (Batman) i Burtem Wardem (Robin) w rolach głównych, wytwórnia Newark wydała longplay „Batman and Robin – The Sensational Guitars of Dan and Dale”. Pod imionami Dana i Dale’a w rzeczywistości wystąpili Sun Ra’s Arkestra i Al Kooper’s Blues Project. Jedynie dwa utwory – oczywiście Batman i oczywiście Robin – wprost cytują muzyczne tematy z serialu. Przy tworzeniu pozostałych utworów o tytułach nawiązujących do komiksu, muzycy skorzystali z takich inspiracji, jak, np. temat z Romeo i Julia Czajkowskiego, piątej symfonii Czajkowskiego, poloneza opus 53 Chopina. Jest to płyta jazzowa z rockowym zacięciem. Jest to ciekawostka dla miłośników komiksu, a szczególnie dla miłośników Batmana. Z kolei, dla miłośników muzyki jazzowej jest to całkiem ciekawy album w dyskografii niezwykle płodnego i jednocześnie kontrowersyjnego twórcy – Sun Ra. Płyta doczekała się kilku wznowień.

Herman Poole Blount (1914-1993), który przyjął sceniczne nazwisko Sun Ra, był amerykańskim jazzmanem, kompozytorem, muzykiem grającym na fortepianie i syntezatorach, liderem grup, poetą i filozofem. Znany był z ekperymentalnej muzyki i ze swojej filozofii kosmicznej, która uczyniła z niego pioniera afrofuturyzmu. Uważał się za istotę pochodzącą z Saturna. Jego koncerty stanowiły przedstawienia niemalże teatralne. Nagrał lub współuczestniczył w nagraniu wielu dziesiątek płyt, których zawartość stanowi przekrój niemal całej historii jazzu. Niektóre z tych płyt zostały wydane w małych nakładach (100 egzemplarzy) sprzedawanych bezpośrednio po koncertach. Wielokrotnie, ten sam materiał znajdował się na takich niskonakładowych krążkach opakowany w różne okładki, często pod różnymi tytułami, często też bez jakiejkolwiek informacji na tychże, czasem ręcznie malowane. Okładki wielu z tych płyt są graficznie równie ciekawe, co ich muzyczna zawartość.

Dlatego, w tym miejscu wspomnę o publikacji „Omniverse – Sun Ra”, która ukazała się w roku 1994 nakładem Art Yard. Znajduje się w niej kompendium wiedzy o życiu, filozofii i twórczości Sun Ra. Jest to wydanie interesujące również z graficznego punktu widzenia. Przedstawiono w nim wszystkie okładki płyt Sun Ra oraz grafiki jego autorstwa.

 

Demon

Pierwotnie opublikowano na stronie 31 października 2015

Nie jest to typowy dla Jacka Kirby komiks super-bohaterski. Stworzył go na zamówienie wydawnictwa DC Comics, które chciało wykorzystać popularność tego twórcy do wprowadzenia na rynek komiksów innych, niż przedstawiające kolorowo odzianych bojowników zwalczających równie kolorowo odzianych antybohaterów, pospolitych przestępców, czy też zagrożenia z kosmosu. Pomimo tego, że wcześniej rysował dla Marvela historie o potworach (np. Monsters On The Prowl, Where Monsters Dwell), tego rodzaju tematyka nie była najbliższą jego sercu. Dlatego, aczkolwiek niechętnie, Kirby zaproponował komiks osadzony w klimatach horroru. Przy czym, zachowując atmosferę horroru, wykorzystał on wiele elementów ze swoich komiksów super-bohaterskich. Powstała mieszanka wątków nadprzyrodzonych i super-bohaterskiego kolorytu, z charakterystyczną wartką akcją i obowiązkowym łubudubu. Dzięki temu, DC mogło zaadresować tę serię również do dotychczasowych odbiorców komiksów super-bohaterskich.

Tak, w skrócie, przedstawia się historia kolejnego dzieła Jacka Kirby, które jego fani doceniają za magicznie tajemnicze i mroczne rysunki oraz pomysły, które mógł mieć tylko on – Jack zwany królem Kirby.

Przed wiekami, chcąc bronić Kamelot przed chordami demonów dowodzonych przez czarownicę Morgaine Le Fey, Merlin przywołał z piekła demona Etrigana, którego połączył z człowiekiem Jasonem Blood. Od tamtej pory, po części człowiek i po części demon, prowadzi on życie normalnego człowieka o nazwisku Blood, przeżywając wiek za wiekiem, za każdym razem, jako potomek siebie samego. Przy czym nie ma świadomości tej sytuacji ani pamięci o Kamelocie, Merlinie, swoich poprzednich wcieleniach. które uważa za swoich przodków, oraz o swojej drugiej, demonicznej naturze. Po upływie kilkuset lat, w latach siedemdziesiątych XX wieku, odwieczni wrogowie Merlina zmuszają Etrigana do ujawnienia się. W tym czasie jego człowieczy gospodarz-łącznik jest znanym amerykańskim demonologiem.

Mając kłopot ze skompletowaniem wszystkich szesnastu odcinków serii, ucieszyłem się, gdy w roku 2008 firma DC Comics zebrała je i opublikowała w jednym tomie. Dla fanów twórczości Jacka Kirby jest to kolejny „musisz-to-mieć” wolumin.

Elric

Pierwotnie opublikowano na stronie 20 października 2015

Po tym, jak polski wydawca Taurus rozpoczął publikację serii komiksowej “Elric”, której twórcami, w oparciu o prozę Michaela Moorcocka, są Julien Blondel i Jean-Luc Cano scenariusz oraz Robin Recht, Didier Poli i Julien Telo rysunek, sięgnąłem pamięcią do roku 1972. To wtedy, po raz pierwszy, bohater stworzony przez Moorcocka pojawił się w komiksie. Tym komiksem była seria Conan The Barbarian (Conan Barbarzyńca) publikowana przez Marvel Comics Group. W jej numerze 14-tym zamieszczono opowiadanie ”A Sword Called Stormbringer!”, które dokończono w numerze 15-tym jako „The Green Empress of Melniboné”. W oparciu o historię, jaką specjalnie dla Marvela nakreślił Michael Moorcock przy współpracy Jamesa Cawthorna, Roy Thomas napisał scenariusz a Barry Windsor Smith go zilustrował. Według mnie, w tamtym czasie, podobnie jak to było w przypadku Conana, nie mogło być lepszej pary twórców mogących wprowadzić tego bohatera do medium, jakim jest komiks. No, przynajmniej na rynku amerykańskim.

Wprawdzie każdy z nich należy do innego świata, czy też, jak kto woli, do innej (alternatywnej) Ziemi, oraz żyje w innym okresie czasu, w zawartej w tych dwóch zeszytach historii, Elric i Conan pojawiają się obok siebie. Możliwe? Możliwe. Od czego jest magia?

Pierwotnie, zgodnie z rytuałem Marvelowskim, stają oni na przeciw siebie i, zamiast wyjaśnić swoje intencje, walczą aż do sytuacji patowej, kiedy to dochodzą do wniosku, iż w zasadzie nie są sobie wrogami, że ich wspólnym wrogiem jest ktoś inny. Wtedy, aczkolwiek niechętnie, łączą siły w walce przeciw chordom demonów i wskrzeszonej złej bogini. Po ich pokonaniu, będący gościem w świecie Hyboriańskim Elric udaje się do swojego Melniboné.

Gałgan

Pierwotnie opublikowano na stronie 16 października 2015

Zawsze cieszy mnie, gdy kupując na przysłowiowego „czuja” nieznane wcześniej płytę z muzyką, książkę lub komiks, po bliższym zapoznaniu się z zawartością uznaję mój wybór za słusznie dokonany.

Ponieważ tutaj piszę o komiksach, to wspomnę tylko o moim najnowszym komiksowym zakupie „na czuja”.
Podczas ostatniego Międzynarodowego Festiwalu Komiksów i Gier w Łodzi 2015 trafiłem na stoisko niezależnego wydawnictwa, na którym znalazłem pięć kolejnych zeszytów serii „Gałgan”. Jej twórcą jest Jan Skarżyński, który samodzielne wydawanie swojego projektu rozpoczął w październiku 2014. Jestem przekonany o tym, że anonse o tym komiksie widziałem w internecie wcześniej. Jednak dopiero bezpośredni kontakt z publikacją, jej przekartkowanie, spowodował podjęcie decyzji o zakupie…od razu wszystkich dostępnych numerów. Przeczytałem je en masse, bowiem wciągnęła mnie zawarta w historii tajemnica. Myślę też, że graficzna realizacja scenariusza jest dodatkowym elementem pozytywnie wpływającym na odbiór tego komiksu. Nie jestem przekonany o tym, czy inna stylistyka (rysunek bardziej realistyczny, kolor) skłoniły by mnie do zainteresowania się publikacją wtedy podobną do wielu innych. Ten komiks graficznie wyróżnia się z tłumu, co mój „czuj” przypisał mu na plus. Na marginesie, udział w konwencie komiksowym daje możliwość poznania i nabycia z pierwszej ręki ciekawych publikacji zinopodobnych, które, przy ich niskim nakładzie i bardzo ograniczonej dystrybucji można przeoczyć.

Tytułowy Gałgan jest siedemnastolatką, która samotnie mieszka w domku za miastem. Towarzyszy jej gadający kot Rufus. Historia rozpoczyna się surrealistycznie, bo zasztyletowaniem poduszki przytulanki, w które zamieszana (wrobiona?) jest bohaterka komiksu. Wokół tego zabójstwa rozwija się akcja, do której wprowadzane są kolejne postaci – rodzice dziewczyny, o których nie wiadomo wiele, poza tym, że ją opuścili (umarli? zginęli? porzucili ją?), gdy była dzieckiem; taksówkarz Hieronim, który jej pomaga; listonosz, którego prawdziwe intencje nie są jeszcze znane; dyrektorka szkoły mająca wobec dziewczyny podejrzane zamiary; para policjantów badających sprawę zabójstwa poduszki. Autor wplata wątki surrealistyczne – wspomniana zamordowana poduszka, gadający kot, rower dziewczyny potrafiący odgryźć nogę – oraz sugeruje możliwość pojawienia się elementów paranormalnych. Pięć zeszytów to dużo, ale dotychczasowa akcja pozwala przypuszczać, iż to dopiero początek, że jeszcze niejedno może zaskoczyć i bohaterkę, o której inni zdają się wiedzieć więcej, niż ona sama, i oczywiście czytelnika.

Czekam na kolejne zeszyty serii. Czekam na kolejne zaskoczenia … i ostateczne wyjaśnienie, o co tu tak naprawdę chodzi. Chociaż, jak dla mnie, wyjaśnienie to nie musi zbyt szybko nadejść. Ta seria nie musi się zbyt szybko zakończyć.

Tyfus, Homek i Erotomek

Pierwotnie opublikowano na stronie 09 lipca 2015

Pierwsza połowa lat 90-tych ubiegłego wieku była dla polskich twórców komiksów dobrym okresem. Głównie dzięki temu, że uzyskali oni dostęp do możliwości druku swoich dzieł. Wcześniej kserowane, undergroundowe ziny i albumy zaczęły coraz częściej pojawiać się w formie drukowanej, i co znamienne, nadal bez jakiejkolwiek cenzury. Zdobyta dzięki przemianom ustrojowym swoboda wypowiedzi była przez wielu twórców wykorzystywana w sposób specyficzny. Oprócz poruszania problemów politycznych czy społecznych, swoboda ta wyrażała się głównie poprzez … wyrażanie się. Wulgaryzmy pojawiały się w przeważającej liczbie publikacji. A w tej liczbie, najczęściej tylko dlatego, że … można, i dlatego, że „jarali się” nimi sami młodzi twórcy i młodzi czytelnicy. Komiksy, w których wykorzystanie wulgaryzmów było podyktowane uzasadnionymi potrzebami scenariusza stanowiły rzadkość.

Komiksem, w którym wulgaryzmy pojawiają się średnio w co drugim kadrze jest „Tyfus, Homek i Erotomek” będący parodią serii komiksowej „Tytus, Romek i A’TomekJerzego Chmielewskiego. Autorem scenariusza i rysunków tego komiksu jest Bartosz „Termos” Słomka, a wydawcą oficyna Masło. Kupiłem to wydanie bezpośrednio od autora podczas Festiwalu Komiksu w Łodzi w roku 1995.

W wypadku tej publikacji, rynsztokowe słownictwo nie razi. Przeciwnie, pasuje ono idealnie do zastosowanej przez autora formuły parodii polegającej, w tym wypadku, głównie na przeciwstawieniu grzecznemu językowi języka wulgarnego. Autor dokonuje symultanicznego przekładu wulgaryzmów i zwrotów slangowych na język literacki, co stanowi dodatkowy element satyryczny. Komiks został napisany i narysowany tak, że na pierwszy rzut oka można uznać, iż komiks ten mógł być napisany i narysowany przez samego Papcia Chmiela. Posiada on bowiem wszelkie atrybuty parodiowanej serii, to znaczy podobne tempo i sposób prowadzenia akcji, podróże w czasoprzestrzeni, alternatywne rzeczywistości oraz elementy moralizatorskie (inaczej).

Bez zdradzania szczegółów scenariusza, napiszę jedynie to, że komiks zawiera treści, które można uznać za kontrowersyjne, np. pijane i przeklinające siostry zakonne, czy pojedynek na #@%e (penisy).