Star Wars – Battle of the Bounty Hunters

Pierwotnie opublikowano 09 marca 2013

Ciekawostka dla fanów Gwiezdnych Wojen oraz dla zbieraczy nietypowych publikacji komiksowych.

Według wydawcy, jest to pierwszy komiks wydany w całości w formacie pop-up. Został narysowany przez Christophera Moellera do scenariusza Rydera Windhama i opublikowany w 1996 roku przez Dark Horse Comics. Opowiada on o tym, w jakich okolicznościach Boba Fett dostarczył Jabbie zamrożonego w karbonicie Hana Solo i…

Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů

Pierwotnie opublikowano 09 marca 2013

W roku 1972, jeden z moich kolegów w liceum przywiózł z wakacji dwa, a może trzy, numery czechosłowackiego tygodnika „Mladý svět”, w którym drukowane były odcinki komiksu „Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů”. Znajdujące się tam charakterystyczne rysunki od razu skojarzyłem ze wstawkami komiksowymi w czechosłowackich komediach filmowych, które w Polsce emitowane były pod tytułami „Kto chce zabić Jessi” oraz „Trup w każdej szafie”. Autorem tych rysunkowych wstawek był Kaja Saudek.
Rysunki Saudka zobaczyłem później (rok 1976) w drugim numerze magazynu „Relax”. Od tamtej pory wypatrywałem możliwości zdobycia komiksów rysowanych przez tego rysownika. Na przestrzeni lat udało mi się zdobyć ich kilka. Jednak w tym miejscu chcę przedstawić moją ostatnią zdobycz. Jest to zbiorcze wydanie przygód właśnie Lips Tulliana.

Tytuł komiksu „Lips Tullian, nejobávanější náčelník lupičů” można przetłumaczyć jako „Lips Tullian, najbardziej wzbudzający respekt przywódca bandytów”. Jego autorami są scenarzysta Jaroslaw Weigel oraz rysownik Kaja Saudek. Komiks ukazywał się w odcinkach w czechosłowackim tygodniku „Mladý svět”. Fabuła komiksu oparta była o romantyczne przygody Gwidona z Felsu, które były publikowane w Czechach w końcu 19-tego wieku. Niemalże jak Janosik, Lips Tullian jawił się obrońcą biednych i uciśnionych gotowym do niesienia pomocy każdemu i w każdej sytuacji. Jednakże tak się składało, że najczęściej wybawianymi z rąk niegodziwców lub oprawców były piękne kobiety. Podteksty erotyczne i piękno kobiecego ciała, tak widoczne w wielu rysunkach Saudka, znalazły miejsce i tutaj. Komiks zdaje się być fabularnie naiwnym. Jednak bawi i to bardzo dzięki żartom rysunkowym oraz niuansom słownym, których niestety wobec braku znajomości języka czeskiego, nie jestem w stanie w pełni wychwycić i docenić, że o pełnym zrozumieniu dialogów komiksu nie wspomnę. Język czeski jest wprawdzie podobny do polskiego, ale w wielu sytuacjach tylko podobny. Chociaż, momentami może to być nawet dodatkowo rozbawiającym bonusem.

Nie wiedziałem o tym, ale mój przyjaciel „google” mi to podpowiedział, że przerwanie publikacji Lips Tulliana w grudniu 1972 spowodowane zostało zakazem cenzury. Kilka stron komiksu zostało dorysowanych później, w latach 1973 i 1974, pod tytułem „Cerny Filip”.

W roku 2010, wydawnictwo Plus z Pragi opublikowało zbiorcze wydanie wszystkich narysowanych stron komiksu. Jest to pięknie wydany, 120-stronicowy album w dużym (oryginalnym – jeżeli dobrze pamiętam) formacie magazynu „Mladý svět”. Plansze komiksu znajdują się na nieparzystych stronach albumu, a na parzystych umieszczono informację o miejscu i dacie publikacji każdej z nich.
Jest to wolumin, który stoi u mnie na półce pod tak zwaną ręką. Lubię do niego zaglądać nie tylko ze względu na grafikę. Czasami chociażby po to, by po raz kolejny spróbować „przeczytać” stronę lub dwie.

Bonanza

Pierwotnie opublikowano 08 marca 2013

Lata 60-te dwudziestego wieku. Amerykański serial telewizyjny “Bonanza” podbił serca widzów na całym świecie. Wyprodukowany przez stację NBC odcinkowiec był westernem, który jako gatunek filmu był w tamtym czasie niezwykle popularny. Był to jednocześnie film obyczajowy, którego bohaterowie niezłomnie przestrzegali tradycyjnych zasad moralnych.
Akcja serialu toczyła się w latach po zakończeniu wojny secesyjnej, na rancho Ponderosa w stanie Nevada. Głównymi bohaterami byli Ben Cartwright oraz jego trzej synowie. Ben żenił się trzy razy. Każda z jego trzech żon zmarła wkrótce po urodzeniu dziecka. Samotny ojciec wychowywał swoich trzech synów Hosa, Adama i „Little” Joe wpajając im takie wartości jak rodzina, uczciwość i przyjaźń. Każdy z odcinków z reguły stanowił oddzielny epizod, w którym bohaterowie przeżywali liczne przygody i rozwiązywali rozmaite problemy.

Raz w tygodniu, w niedzielę, zasiadaliśmy przed telewizorami by śledzić kolejne przygody rodziny Cartwright’ów. Następnie, w przedszkolu, a później w szkole, odtwarzaliśmy te przygody w zabawie. Każdy chłopak chciał odgrywać rolę któregoś z bohaterów serialu. Na tym tle dochodziło do częstych sporów, w zależności od tego, który z synów Bena był odważniejszy lub przebieglejszy w ostatnim odcinku. Tylko jeden mógł odegrać jego rolę, a chcieli wszyscy.

W ślad za serialem, na podbój świata ruszyły komiksy. Ich wydawcą na rynku amerykańskim była firma DELL (5 zeszytów), a następnie Gold Key (37 zeszytów). Wydawcy ci specjalizowali się w produkcji komiksów na podstawie seriali telewizyjnych oraz filmów telewizyjnych i kinowych. Charakterystycznym dla tych komiksów było umieszczanie fotografii na ich okładkach.
To właśnie te okładki kusiły najbardziej. Zeszyty komiksowe „Bonanza” były publikowane niemal we wszystkich krajach zachodnich. Ale do polskich miłośników komiksu trafiały one przede wszystkim z … Polski. W latach 60-tych i 70-tych, polskie drukarnie realizowały druk komiksów na zlecenie wydawców z krajów Europy zachodniej. To z tych drukarni strużka komiksów – w językach szwedzkim, duńskim, niemieckim, angielskim czy holenderskim – wyciekała do ich polskich miłośników.

Nie skomplikowane historie zawarte w zeszytach „Bonanza” były sprawnie przedstawione w kadrach. Brak znajomości języka, w którym wydano komiks nie stanowił problemu w ich zrozumieniu.
Mając 8-10 lat jest się, z reguły, bezkrytycznym. Dodatkowo, niemal każda nowość jest dla dziecka zupełną nowością. Komiksy zeszytowe (i to z foto-okładkami) były taką zupełną nowością. Dlatego nie przeszkadzało to, że rysunki w tych komiksach były proste, czasem pokraczne, że narysowane postaci głównych bohaterów tylko nieznacznie przypominały ich oryginały. Najważniejszym było posiadanie publikacji z ulubionymi bohaterami, do tego przedstawionymi na zdjęciu na okładce.
Mając 50 lat z okładem można sobie pozwolić na bycie bezkrytycznym wobec swoich dziecięcych czy młodzieńczych wspomnień, szczególnie tych miłych. Ten bezkrytycyzm przejawia się w sentymencie, jaki czujemy wobec, na przykład, przedmiotów, które takie wspomnienia przywołują. W tym wypadku są to zeszyty serii komiksowej „Bonanza”.

Silver Surfer: Judgment Day

Pierwotnie opublikowano 02 marca 2013.

Od dawna, większość komiksów otwierają tzw. „splash pages” (tj. kadry całostronicowe). Mają one za zadanie wprowadzenie czytelnika w rozpoczynaną lub kontynuowaną historię. Były one też (np. w komiksach DC, szczególnie tych z lat 60-tych i 70-tych) swego rodzaju przynętą na czytelnika. Przedstawiały kluczową dla opowiadanej historii sytuację wraz ze znakiem zapytania w rodzaju „jak do tego doszło?” lub „jak bohater wybrnie z tej trudnej sytuacji?”

Za sprawą takich rysowników jak Jack Kirby, Sal Buscema czy Neal Adams, od początku lat 70-tych coraz częstszym zabiegiem mającym na celu podbicie dynamiki opowiadanych historii było stosowanie „splash pages” w trakcie prowadzenia opowieści. Z jednej strony, pozwalały one rysownikom na przekazanie większej ilości szczegółów. Z drugiej strony, swoim rozmiarem uderzały one w czytelnika dobitnie akcentując akcję w wymagającym tego momencie.

W roku 1988 Marvel Comics Group opublikował album komiksowy „Silver Surfer: Judgment Day”. Każda z jego 64-ch stron stanowi „splash page”. Był to pomysł Johna Buscema, który marzył o narysowaniu takiego komiksu. Wraz z Tomem deFalco stworzył zarys historii wikłającej Silver Surfera w konflikt pomiędzy Galactusem a Mefisto. Do pomysłu dał się przekonać Stan Lee, który wsparł go scenariuszem i dialogami. Grafikę na obwolutę tego oprawionego w twardą okładkę komiksu stworzył Joe Jusko. W ten sposób powstał, jak na tamte czasy, nowatorski album.

Co ważne, pomimo tego, że każda strona sama w sobie stanowi wyjątkową grafikę, którą można podziwiać oddzielnie, to czytając ten komiks nie ma się wrażenia przeglądania książki z obrazkami lub czytania krótkiego, 60-ciokilku kadrowego opowiadania. Po odwróceniu i przeczytaniu ostatniej strony czułem się tak samo jak po przeczytaniu długiej i wciągającej opowieści graficznej.

Zacytuję jeszcze dwa zdania ze wstępu, jakim Stan Lee opatrzył ten komiks:
„Stwierdzenie, że ten wolumin jest „pierwszym w swoim rodzaju” nie odda w pełni jego wartości. To naprawdę jest punkt zwrotny w historii wydawniczej. Wizualnie, stylistycznie, dramatycznie oraz artystycznie, John Buscema oraz Marvel Comics wnieśli całkowicie wyjątkowy wkład do gatunku ilustrowanej epoki.”