Mickey Mouse, Donald Duck and Co.

Pierwotnie opublikowano na stronie 24 sierpnia 2014

Od kilkunastu lat wielu wydawców umożliwia czytelnikom zapoznanie się z komiksami publikowanymi wiele dekad temu. Komiksy te są wznawiane w zbiorczych tomach, bardzo często z ciekawymi notami dotyczącymi ich autorów oraz historii powstania i publikacji. Stanowią one gratkę dla osób zainteresowanych historią komiksu lub daną serią albo bohaterem, ale nie posiadających dla ich zdobycia możliwości fizycznych (oryginalne egzemplarze wiekowych publikacji są trudno dostępne) oraz finansowych (poprzez brak dostępności egzemplarze oryginalne bywają bardzo drogie i stanowią cel głównie kolekcjonerów lub inwestorów).

W połowie lat 60-tych XX wieku, w polskiej telewizji pojawiła się (a raczej pojawił się, bo Mickey jest chłopcem) Myszka Miki oraz inne postaci z wytwórni Disney’a (Kaczor Donald, Goofy, wiewiórki Chip i Dale, Zorro). Nie pamiętam już tego, czy odcinki pierwotnie emitowanego w USA w latach 1955-1959 popularnego programu muzycznego dla dzieci Mickey Mouse Fan Club (Klubu Myszki Miki) wraz z pogadankami samego Walta Disney’a i towarzyszącymi im fragmentami filmów kinowych (Królewna Śnieżka, Fantazja, Śpiąca Królewna, Dumbo, inne) pojawiały się w TVP regularnie (chyba był taki okres) czy sporadycznie. Później, przez wiele lat (60-tych i 70-tych), filmy z Myszką Miki, Kaczorem Donaldem, Goofim oraz wiewiórkami Chip i Dale stanowiły żelazny punkt świątecznego programu w Bożonarodzeniowe oraz Wielkanocne poranki. Pomimo tego, że z roku na rok powtarzane były te same filmy, my dzieci za każdym razem oczekiwaliśmy ich emisji. Uwielbialiśmy je.

W założonej w roku 1948 sieci Klubów Międzynarodowej Prasy i Książki, od ich skrótu KMPiK, potocznie nazywanych „empikami”, sprzedawano głównie prasę polską oraz pochodzącą z krajów bloku wschodniego. Od czasu do czasu można było tam kupić również publikacje zachodnie. To właśnie tam, w roku sześćdziesiątym którymś, namówiłem mamę na kupienie mi moich dwóch pierwszych książeczek z serii A Little Golden Book z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem właśnie. Sprzedawca zapytał ośmiolatka czy potrafi czytać po angielsku. Nie potrafiłem, ale zadeklarowałem, że się nauczę.

Od tamtej pory zrealizowałem moją deklarację. Uzbierałem też sporą liczbę komiksów z bohaterami kreskówek Disney’a wydawanych przez Dell Comis czy Golden Key Comics. Nie ma się czym chwalić? Dzisiaj, gdy w kioskach i „empikach” miesięcznie pojawia się po kilka zeszytów oraz zbiorów Gigant, MegaGiga, itp., na pewno nie. Dlatego nie liczę kilku pudełek z komiksami Egmontu, które zbierały i czytały moje dzieci. Z sentymentem traktuję natomiast te, które zdobyłem w czasach, gdy prawie wszystko było „zdobywane” (w przeciwieństwie do „kupowane”), gdy dziesiąt-tysięczne nakłady książek i komiksów rozchodziły się w ciągu jednego dnia nie zadowalając wszystkich zainteresowanych, gdy Coca Cola smakowała inaczej (bo jej nie było), gdy komiksy zagraniczne trafiały do Polski w pojedynczych egzemplarzach, gdy…

Gdy w roku 2011 dowiedziałem się o albumowych publikacjach Fantagraphics Books Inc., w których zbierane są wszystkie historie narysowane przez dwóch chyba najsłynniejszych twórców disneyowskich komiksów, nie mogłem nie uwzględnić ich na mojej „chcę-to-mieć liście”. Tym bardziej, że rysunki tych twórców są najbliższe moim dziecięcym wspomnieniom. Tak, sentyment odgrywa dużą rolę w kolekcjonowaniu albumów publikowanych przez Fantagraphics.

Do dnia dzisiejszego ukazały się dwa albumy Mickey Mouse Color Sundays oraz sześć albumów Mickey Mouse Dailies zawierających rysunki Floyda Gottfredsona. Albumy te obejmują pierwsze dziewięć lat (1930-1938) z czterdziestu pięciu, w czasie których Gottfredson był twórcą i rysownikiem przygód Myszki Miki. Komiksy te były tworzone dla King Features Syndicate Inc., która to firma dystrybuowała je wśród wydawców dzienników. Fantagraphics posiada materiał na publikację trzynastu tomów, jednak ich wydanie uzależnione jest od wyników sprzedaży.

Ukazało się również 7 albumów z przygodami Kaczora Donalda i Wujka Scrooge’a, które rysował Carl Barks. To Barks wykreował Uncle Scrooge’a oraz kilka postaci, które do dnia dzisiejszego odgrywają istotne role w historiach z udziałem Kaczora Donalda opowiadanych przez innych twórców. Barks rysował Kaczora Donalda przez prawie trzydzieści lat.

Komiksy z Kaczorem Donaldem są kilku lub kilkunastostronicowymi historiami. Zdarzają się także jednostronicowe gagi. W przypadku Myszki Miki, są to jednostronicowe gagi, które, łączą się w długie, wielostronicowe opowiadania. Ja uwielbiam te jednostronicowe żarty, ponieważ oddają one charakter animowanych krótkometrażówek Disney’a z lat 30-tych do 50-tych. Ducha tamtych lat oddają również dialogi. Dzisiaj bawią używane wtedy zwroty, budowa zdań oraz wymowa (Miki i jego przyjaciele nie mówią tutaj szkolnym angielskim). Te dialogi mogą też stanowić ciekawy materiał dla lingwistów.

Poza historycznym materiałem, zaletą publikacji Fantagraphics jest to, że prezentują komiksy w ich oryginalnej wielkości, że zawierają eseje na temat twórców lub powstania konkretnych opowieści, ale również jest nią wysoka jakość wydania, która uzasadnia chęć do specjalnego wyeksponowania ich na półce.

AXA

Pierwotnie opublikowano na stronie 01 lipca 2014

W roku 2080, kilkadziesiąt lat po nuklearnym holokauście, ludzkość skryła się w mieście odizolowanym od reszty zniszczonego świata olbrzymią kopułą. Życie w tym mieście jest bezpieczne i wygodne dla jego mieszkańców. Jednak toczy się ono zgodnie z wieloma rygorystycznymi zasadami. Młoda dziewczyna Axa nie może dłużej znieść takiego życia. Buntuje się i w poszukiwaniu wolności postanawia wyzwolić się spod opiekuńczych rygorów i uciec z miasta. Jej pierwszym buntowniczym odruchem jest zrzucenie miejskiego ubrania i zastąpienie go skąpym bikini. Zrzucanie lub gubienie tego skromnego okrycia jest lejtmotywem komiksu. Axa bardzo często występuje toples lub całkowicie saute. Uzbrojona w miotacz i starodawny miecz, w towarzystwie zakochanego w niej mężczyzny (spotkany podczas pierwszej przygody barbarzyńca) oraz równie zakochanego robota MARKa przemierza ona zniszczony, ale powoli odradzający się Świat. Ruiny miast, częściowo zmutowana flora i fauna, siedliska społeczności cofniętych do barbarzyństwa, oazy wysoce zaawansowanej technologicznie ludzkości, mutanci a nawet UFO. Axa napotyka to wszystko na swojej drodze w poszukiwaniu przygody oraz odpowiedzi na pytanie o przyszłość ludzkości.

Przygody Axy były publikowane w postaci trzykadrowych pasków w brytyjskim dzienniku The Sun w latach 1978 – 1986. Scenarzystą był Donne Avenell a rysownikiem Enric Badia Romero. Publikacja tego komiksu w de facto rodzinnej gazecie nie powinna dziwić. Brytyjskie dzienniki znane są z dużej swobody w prezentowaniu „dorosłej” zawartości, czy to w stripach komiksowych, czy też wprost na zdjęciach (głównie w wydaniach weekendowych) przedstawiających młode, uśmiechnięte i nagie modelki (nigdy w pełnej frontalnej nagości).

W roku 1986 The Sun niespodziewanie przerwał publikację tej popularnej serii. Romero narysował jeszcze kilka nowych przygód Axy – dwa kolorowe zeszyty do scenariusza Chucka Dixona dla amerykańskiego Epic Comic oraz jedno długie, kolorowe opowiadanie dla hiszpańskiego magazynu Creepy (numery 52-59).

Wszystkie 2.238 pasków czarno-białego komiksu z The Sun zostało zebranych w dziewięć tomów opublikowanych w USA przez Ken Pierce, Inc. w ramach serii wydawniczej „1st American Edition Series”.

Poza USA, komiks był przedrukowywany w Brazylii, Włoszech i Szwecji.

Ego Sum

Pierwotnie opublikowano na stronie 13 maja 2014

Na komiks ten zwróciłem uwagę głównie ze względu na jego stronę graficzną. Po raz pierwszy oglądałem kadry namalowane przez włoskiego artystę Simone Bianchi. Podobają mi się wykonane ołówkiem i wykończone tuszem oraz farbami akrylowymi strony.

Bianchi jest również autorem scenariusza tego komiksu. Jest to historia s-f, kolejna z rodzaju opowieści o bohaterze budzącym się w ciemnym zaułku i stwierdzającym, iż nie wie kim jest i nie pamięta niczego sprzed swojego przebudzenia. Walcząc z amnezją, odnajduje on swoje ślady z przeszłości i podąża ich tropem poszukując swojej tożsamości oraz celu istnienia. Spotyka tych, którzy go znają, tych, którzy mu pomagają, tych, którzy się go boją oraz tych, którzy zdają się znać jego przeznaczenie, i którzy poddają go próbom i treningom mającym przygotować go do wypełnienia tego przeznaczenia. Prześladują go męczące wizje, w tym mężczyzny cierpiącego na krzyżu, co sugeruje religijny lub teologiczny podtekst opowieści. Wskazuje na to również to, że pierwszy tom rozpoczyna się modlitwą „Ojcze nasz”, a tom drugi się nią kończy. Opowieść „Ego Sum” ma zamknąć się w trzech albumach. Które wątki przeważą? Jaką misję ma do spełnienia bohater komiksu?

Do tej pory włoski wydawca Vittorio Pavesio Productions opublikował dwa tomy (kolejno w roku 2004 i 2005). W zeszłym roku w Londynie podczas LSCC miałem okazję rozmawiać z Simone Bianchi. Zapytałem go o kontynuację-zakończenie „Ego Sum”. Niestety, trzeci tom jest nadal w planach, które ze względu na inne zobowiązania artysty, głównie wobec amerykańskich wydawców (DC oraz Marvel), przesuwane są w czasie. Pozostaje mi cierpliwie czekać.

Cholly And Flytrap

Pierwotnie opublikowano na stronie  06 maja 2014

Ta dziwna para – zamaskowany, samotny żołnierz Cholly oraz nagi, korpulentny chińczyk Flytrap – pojawiła się w latach 80-tych na łamach Marvel’owskiego magazynu “Epic Illustrated” (numery 8, 10, 13, 14 i 34).

Dawno temu, na znajdującej się poza wszelkimi mapami planecie rozbiła się kosmiczna barka Exodus II. Przez wiele wieków jej rozbitkom udaje się żyć na niegościnnej dla nich planecie. Mnożą się i żyją tocząc nieustającą walkę o przetrwanie. Dzieje się tak nie tylko z powodu niegościnności planety, ale głównie, dlatego, że sami rozbitkowie uwielbiają prowadzenie wojen i kochają zabijać.

Cholly, Flytrap, liczna menażeria dziwnych postaci i stworów oraz apokaliptyczny świat, w którym toczą oni swoje potyczki są wytworem wyobraźni Arthura Suydama. Autor wplątuje swoich bohaterów w groteskowe sytuacje. Bawi się obrazem, chwilami pastiszując wizje Moebiusa przedstawione w jego Arzachu lub nawiązując do form graficznych charakterystycznych dla Vaughn Bode’a. Bawi się dialogami podkreślając w ten sposób surrealizm sytuacji. Humor i groteska mieszają się z brutalnymi scenami walki (w tym momencie przypomina mi się stara szkolna wyliczanka „ręka-noga-mózg-na-ścianie-kalesony-na-parkanie”). Wszystko to jest pięknie namalowane w stylu często opisywanym, jako połączenie undergroundu z malarstwem renesansowym.

W roku 1991 Epic Comics opublikował zbiór wszystkich, raczej niepowiązanych ze sobą fabularnie, epizodów, jakie pojawiły się w „Epic Illustrated”. Okraszone dziewięcioma stronami portfolio wydawnictwo nosi tytuł „The Original Adventures of Cholly and Flytrap”. Ci dwaj antybohaterowie gościli również na stronach „Heavy Metal”. W roku 2004 wydawnictwo Image Comics Inc. opublikowało cztero-zeszytową mini serię zatytułowaną „Center City”, którą później (w 2010) w jednym tomie wydała firma Radical Publishing. Ta ponad 150-stronicowa historia jest odmianą w stosunku do kilku- lub kilkunastostronicowych epizodów stanowiących odrębne i zamknięte gagi wykorzystujące postaci głównych bohaterów oraz plejadę mniej lub bardziej agresywnych dziwolągów zamieszkujących mało gościnną planetę.

Dzięki uprzejmości Arthura Suydama, jedna z przygód tej pary, chronologicznie następująca jakiś czas po wydarzeniach opisanych w miniserii „Center City”, została wydrukowana w numerach 13 i 14 naszego magazynu „Znakomiks”.

Ps. Dla dociekliwych – Co przypomina skała w pierwszym kadrze szóstego przykładu grafiki z wnętrza komiksu?

Starblazer – Space Fiction Adventure in Pictures

Pierwotnie opublikowano 28 kwietnia 2014

W roku 1979, szkockie wydawnictwo D.C.Thomson & Co. Ltd. rozpoczęło publikację serii kieszonkowych, czarno-białych komiksów S-F zatytułowaną „Starblazer – Space Fiction Adventure in Pictures”. Poza pierwszymi trzema numerami, które wydano w odstępach jednomiesięcznych, komiksy tej serii ukazywały się dwa razy w miesiącu. Pomimo słabej dystrybucji (zeszyty można było spotkać w większości kiosków w Szkocji i sporadycznie na pozostałych obszarach Wielkiej Brytanii) serię kontynuowano do 01 stycznia 1991 roku, kiedy to ukazał się jej ostatni, 281 numer. Mniej więcej w połowie okresu publikacji, seria zmieniła tytuł na „Starblazer – Fantasy Fiction in Pictures”. Było to związane z tym, że opowiadania fantasy lub space-fantasy zaczęły przeważać nad opowiadaniami science-fiction i space-opera.

Pomimo tego, że kilka postaci pojawiło się w więcej niż jednym opowiadaniu, każdy zeszyt stanowi zamkniętą historię. Dlatego zbieranie tej serii jest stosunkowo mało stresujące. Robię to głównie z sentymentu. Pierwsze pięć numerów „Starblazer” kupiłem podczas wakacji w roku 1979 hurtem w małym sklepiku z prasą i słodyczami w którejś z wiosek na północny-zachód od Glasgow. Starsza pani będąca właścicielką sklepiku, powiedziała puszczając do mnie oko „mężczyźni zawsze pozostają chłopcami marzącymi o przygodach”. Coś w tym jest. Teraz, gdy mam ku temu okazję, kupuję kolejne zeszyty przeglądając ich zawartość i wybierając te, których strona graficzna najbardziej odpowiada mi w danej chwili. Tak …, w tym wypadku kieruję się głównie rysunkami. Historie prezentowane na stronach „Starblazer” nie są wielką S-F lub fantasy. Ot, fajne czytadełka. Chociaż, znalazłem wśród nich kilka całkiem ciekawych nie tylko graficznie ale również scenariuszowo. A jest w czym wybierać. Z wydawcą tej serii współpracowała plejada brytyjskich (i nie tylko) scenarzystów oraz grafików, np.: Grant Morrison, Cam Kennedy, Walter Cyril Henry Reed, John Ridgway, Enrique Alcatea, Mike Chinn, Mike McMahon, Colin MacNeil, John Radford, John Smith, Jose Casanovas, Alan C.Hemus, Rafael Secura, Steve Holland, Alan Rogers, Mike Knowles, Keith Robson, Mikal R.Kayn, Tony O’Donnel i inni.

Wydawca serii przemycał przy okazji jej wydawania nieco informacji na temat kosmosu i jego eksploracji. Na drugiej, trzeciej i czwartej stronach okładki prezentowane były zdjęcia i teksty o technice kosmicznej, programach kosmicznych, astronautach, sputnikach, satelitach, planetach, itp.

Prime

Pierwotnie opublikowano 25 marca 2014

Ten wpis jest pokłosiem poprzedniego. Zdejmując z półki serię Miracle Man przypomniałem sobie o innych komiksach, w których głównymi bohaterami są nastolatkowie oraz ich dorosłe alter ega.

Mali chłopcy marzą o tym, że są superbohaterami. Niektórym z nich marzenia te spełniają się. Inni nie marzą a mimo to bywają obdarzeni zdolnością do przeistaczania się w dorosłych, a w tym także do przenoszenia się w czasie i przestrzeni.

Przykładem takiego chłopca jest trzynastoletni Kevin Green, który posiada zdolność przybierania postaci dorosłego superczłowieka Prime. Aby zmienić się w Prime’a, Kevin wydziela ze swojego torsu płynny materiał organiczy, który przybiera kształt ciała muskularnego mężczyzny. Kevin znajduje się wewnątrz tej postaci. Przy tym zachowuje on pamięć i myśli trzynastolatka co bywa powodem problemów, gdyż bohater często znajduje się w „dorosłych sytuacjach”, do rozwiązania których nie jest on wystarczająco dojrzały. Postać Prime jest kształtowana głównie przez podświadomość chłopca w oparciu o jego fascynacje bohaterami komiksów lub gwiazdami kina akcji. Dlatego, w różnych przygodach, Prime może wyglądać nieco inaczej oraz może posiadać zróżnicowane supermoce – praktycznie nieograniczoną siłę, wysoką odporność na fizyczne uszkodzenia ciała, zdolność latania z super predkością, itd. Aby powrócić do postaci trzynastolatka, Prime destabilizuje swoją zewnętrzną powłokę do formy proteinowej papki. Kevin musi wtedy szybko się z niej wydostać aby nie udusić się. Niestety nie byłem wytrwały na tyle, by dowiedzieć się w jaki sposób Kevin posiadł swoje zdolności.

Twórcami serii Prime, wydawanej przez Malibu Comics, są scenarzyści Gerard Jones i Len Strazewski oraz rysownik Norm Breyfogle.

Posiadam tylko jeden zeszyt serii, 1994 Annual, który kupiłem głównie ze względu na jego okładkę. Będąc kolekcjonerem albumów z malarstwem Borisa Vallejo oraz jego żony Julie Bell (pobrali się w roku 1994), nie mogłem ominąć takiej okazji. Obraz umieszczony na okładce namalował Valejo. Jego modelem był syn Julie, David.

Miracle Man

Pierwotnie opublikowano na stronie 22 marca 2014

Pierwszym komiksowym superbohaterem, którego przygody „czytałem” (pod koniec lat 60-tych angielski dopiero lizałem, niemieckie słowa znałem z filmów o wojnie, a o duńskim czy holenderskim wiedziałem, że istnieją takie języki) był Miracle Man wykreowany przez Micka Anglo.

Historia powstania tej serii jest nieco zakręcona. W roku 1958, specjalnie na rynek hiszpański Mick Anglo stworzył postać Super Hombre. Uważa się, iż tak naprawdę, były to na nowo narysowane przygody jego wcześniejszej kreacji Marvelmana. Chociaż, znalazłem również opinię, iż przygody Super Hombre nie były wprost przerysowanymi komiksami z Marvelmanem, ale w rzeczywistości zostały narysowane przez Emilio Giralt Ferrando do scenariuszy Juana Llarcha. W Hiszpanii wydano 68 zeszytów. Wkrótce, twórca postaci sprzedał nieco zmodyfikowane historie na rynek brytyjski. W latch 1965-1968, w Wielkiej Brytanii ukazało się (według mojej wiedzy) 13 numerów tej serii. Natomiast wydania niemieckie (Der Wunder Man), duńskie (Mirakelmanden) i holenderskie (Mirakel Man) liczyły po ponad dwadzieścia zeszytów i większość z nich była drukowana w Polsce.

W rzeczywistości niepozornej postury młody John Chapman pracujący jako pomocnik w biurze inspektora policji Stewarta, po dotknięciu tajemniczego dysku na swojej piersi przy jednoczesnym wypowiedzeniu słowa „sundisc” stawał się muskularnym super-człowiekiem (kuloodpornym, super silnym i super szybkim, potrafiącym latać, również w przestrzeni kosmicznej, posiadającym super słuch i super wzrok). W tej super postaci Miracle Mana walczył on z super łotrami, wrogo nastawionymi przybyszami z kosmosu oraz ze zwykłymi rzezimieszkami. Miracle Man miał również młodszego od siebie pomocnika, Supercoat’a, który super moce pozyskiwał w momencie założenia specjalnej marynarki.

Proponuję, aby odrzuciwszy całą wiedzę o wszelkich superbohaterach, na komiks ten spojrzeć oczami dziesięciolatka, który szczyci się posiadaniem pudełka z kilkudziesięcioma głównie obcojęzycznymi (bo polskich jeszcze wtedy nie było zbyt wiele) komiksami. Zdobywając pierwszy egzemplarz tej serii dziesięciolatek ten wykrzyknął „ale gites!”.

Hi no tori ( 火の鳥 )

Pierwotnie opublikowano na stronie 17 marca 2014

Osamu Tezuka manga no kami des (Osamu Tezuka jest bogiem mangi)– ponad dwadzieścia lat temu powiedziała Eriko, japońska koleżanka mojej żony, wręczjąc mi prezent w postaci pięknie wydanego pierwszego tomu sagi „Hi no Tori” (Ognisty ptak).

Był to pierwszy oryginalny komiks japoński jaki trafił do mojej kolekcji. Nie potrafię czytać po japońsku, więc Eriko dokonała dla mnie krótkiego streszczenia. „Ognisty ptak” jest jednym z najbardziej znanych dzieł Tezuki. On sam uważał je za dzieło swojego życia. Obejmuje ono dwanaście tomów, które powstawały od roku 1967 (tom pierwszy „Świt”) aż do śmierci artysty w roku 1989. Każdy z nich stanowi zamkniętą całość. Za każdym razem opowiadana jest zupełnie nowa historia nie mająca nic wspólnego z pozostałymi. Historie toczą się w różnych okresach historycznych, od początków naszej ery do dalekiej przyszłości. Jedyne co je łączy to Ognisty ptak Feniks oraz związana z nim wiara w reinkarnację. Dążenie do nieśmiertelności, którą może zapenić krew Feniksa, dla głównych bohaterów mangi okazuje się być albo nieosiągalna albo przekleństwem. Historia pierwszego tomu toczy się w latach 240-270 naszej ery, kiedy to królowa Himiko wraz ze swoją armią najeżdża Japonię jednocześnie poszukując Feniksa oraz wiecznej młodości, jaką może dzięki niemu uzyskać.

Pomimo tego, że rysunki Tezuki mogą kojarzyć się z wczesnymi animacjami Disney’a, oraz że w jego mandze pojawiają się elementy komiczne, nie jest to opowieść adresowana do dzieci. Autor przedstawia w niej wszystkie przymioty gatunku ludzkiego – przyjaźń, miłość, nienawiść, podłość a także okrucieństwo wojny i nieszczęścia powodowane przez żywioły.

Mój rocznik może pamiętać pokazywany w naszej TV radziecki film animowany „Konik Garbusek” (z roku 1947), w którym pojawia się ognisty ptak. Uderzyło mnie podobieństwo Feniksa narysowanego przez Tezukę do tamtej filmowej wersji. Teraz, dzięki „mojemu przyjacielowi Google’owi” wiem, że do stworzenia mangi „Hi no tori” Tezukę zainspirowała muzyka Igora Strawińskiego, oraz że obejrzał on radzieckiego „Konika Garbuska”, w którym duże wrażenie wywarła na nim postać Ognistego Ptaka.

Wszystkie tomy „Hi no tori” doczekały się tłumaczenia na wiele języków. Ja mam nadzieję na to, że doczekam się polskiego wydania tego dzieła.

Death Dealer

 Chęć zakupu serii „Death Dealer” rozbudziły u mnie nazwiska twórców.

Pierwszy z nich to Frank Frazetta. To on wymyślił postać Siewcy Śmierci (moje tłumaczenie angielskiego Death Dealer) i przedstawił go na kilku ze swoich obrazów. Ich reprodukcje zostały wykorzystane na okładki zeszytów serii.

Drugim jest Glenn Danzig, do czasu pojawienia się reklam serii komiksowej, znany mi jako wokalista i tekściarz metalowej grupy Danzig. Okazało się, że jest on również fanem komiksu. Założył własną firmę wydawniczą specjalizującą się w publikacji adresowanych do dorosłych komiksów, do których pasują dwa określenia: „pełne przemocy” i „erotyczne”. Od słów „violent” oraz „erotic” pochodzi nazwa firmy Verotic. To Danzig wpadł na pomysł stworzenia komiksu, którego bohaterem jest postać wymyślona przez Frazettę. On też sam napisał scenariusz.

Kolejni to, zaproszeni przez Danzinga do współpracy, Simon Bisley, Arthur Suydam oraz Liam Sharp, którzy znani są z rysowania heroicznych postaci w akcji.

Prosta fabuła o dokonaniu zemsty zamknięta została w czterech zeszytach. Jeden scenarzysta i trzech rysowników. Mało do czytania. Duuuuużo akcji. Na stronach komiksu znalazło się wszystko to, co fascynuje Danziga, czyli: klimat fantasy z odrobiną horroru; piękne (do czasu) czarownice; potężni wojowie, którzy mieczami i toporami sieką się nawzajem na bryzgające posoką i walające się po pobojowisku kawałki; erotyka przejawiająca się w nagości przedstawianych postaci.

Z wydanych w latach 1996-1997 czterech zeszytów, ten czwarty, narysowany przez Suydama, najbardziej oddaje ducha obrazów Frazetty. Myślę jednak, że głównym celem wydawcy nie było to, by grafiki wprost kojarzyły się z malarstwem Frazetty, ale raczej by były verotic.

Ada, Junior i Pirat

Pierwotnie opublikowano na stronie 29 stycznia 2014

Tego komiksu nie zdejmuję z półki, ale właśnie go na nią kładę. Ponieważ mam go w rękach i jestem świeżo po lekturze pomyślałem, iż mogę napisać o nim kilka słów.

W moich zainteresowaniach komiksem jestem bardzo eklektyczny. Dlatego staram się zapoznać z każdą dostępną publikacją pojawiającą się na polskim rynku. Szczególnie interesują mnie prace polskich twórców. Nie oznacza to tego, że każda z nich wyląduje w mojej kolekcji. To zakończyło się już kilka lat temu.

Jest tajemnicą poliszynela, że polski rynek komiksowy jest bardzo mały. Dlatego interesujące jest to, w jaki sposób zainteresowanie komiksem jest rozbudzane wśród czytelników. Szczególnie chodzi o tych najmłodszych, którzy w przyszłości mogą zasilić szeregi tak zwanych „komiksiarzy”, tj. osób czytających, zbierających, tworzących komiksy. Mając to na uwadze, w kioskach i „sieciówkach” prasowych przeglądam również półki z prasą adresowaną do najmłodszych czytelników.

Magazynem nie komiksowym od lat wykorzystującym komiks jest dwutygodnik „Kumpel”. Jego wydawca (Agencja Wydawnicza Aga Press) przedstawia go jako „pismo przeznaczone dla uczniów początkowych klas szkoły podstawowej”, które „realizuje cele kształcenia zintegrowango”, i które „poprzez zabawę tłumaczy zasady ortografii, gramatyki, matematyki”. Komiks stanowi jeden z głównych elementów tego magazynu.

Z wydawcą pisma współpracuje kilkoro grafików. Jednym z nich jest Hubert Ronek. Począwszy od roku 2008 regularnie dostarcza on odcinki serii „Ada, Junior i Pirat” rysowane do scenariusza Magdy Maciak. Pomimo tego, iż dostosował ją do potrzeb młodego odbiorcy oraz do profilu magazynu, jego charakterystycznej kreski trudno byłoby nie rozpoznać osobom znającym inne prace Huberta (w tym, nieskromnie przypomnę, pierwszy tom „Krainy Herzoga” wydany przez „Studio Domino” Sp. z o.o.).

Komiks porusza tematykę aktualną i bliską młodemu czytelnikowi (dom, rodzeństwo, szkoła, rówieśnicy, zwierzęta). Osoby tytułowych bohaterów oraz toczące się w tle ich życie rodzinne i szkolne łączą odcinki w serię. Jednak głównym zadaniem komiksu jest przekazywanie młodym czytelnikom treści wychowawczych, moralizatorskich i edukacyjnych. Oczekiwany przez wydawcę przekaz jest profesjonalnie realizowany przez autorów komiksu. Każdy z odcinków koncentruje się na innej sprawie, dlatego w ramach narzuconego sobie kronikarskiego obowiązku ograniczyłem się do zakupu kilku sporadycznych egzemplarzy magazynu.

W grudniu 2013, Hubert Ronek własnym sumptem wydał portfolio zbierające wszystkie, dotychczas opublikowane odcinki komiksu. Jest to pieczołowicie przygotowany, pięknie wydrukowany i oprawiony album. Muszę przyznać, że zebranie wszystkich odcinków powstałego komiksu w jeden 222-stronicowy wolumin było dobrym pomysłem. Dokumentuje on wykonanie dobrej, komiksowej pracy u podstaw.

Hm …
”samochwała w kącie stała
i wciąż tak opowiadała…”
… cieszy mnie to, że stałem się posiadaczem jednego z nielicznych (28 sztuk) egzemplarzy tej publikacji.

Ps.
Więcej na temat tego komiksu znajdziecie tutaj http://mundialman.blogspot.com/2014/01/24-x-224-hc.html