Straine

Pierwotnie opublikowano na stronie 17 września 2013

W latach 90-tych i na początku tego wieku starałem się kupować wszystko to, co wyszło spod rąk polskich twórców. Były to kilkustronicowe kserówki, ziny, magazyny oraz jeszcze nieliczne albumy. Wśród tych zdobyczy znajduje się kilka szczególnych pozycji. Są to pomysły, których kontynuacji oczekuję, jak do tej pory, bezskutecznie.

Jednym z takich pomysłów jest stworzona przez Bartosza Minkiewicza i Krzysztofa Tkaczyka postać superbohatera i superłotra w jednym. Mam na myśli Straine, który pod koniec lat 90-tych pojawił się w magazynach „Cyrkielnia” oraz „KKK” a w roku 2000 doczekał się wydania albumowego pod tytułem „STRAINE: Dystrykt Galicja” (wydawnictwo Cyrkielnia). Jest to zbiór opublikowanych wcześniej w „Cyrkielni” oraz „KKK” shortów, które zostały przez autorów przetworzone, pokolorowane i po uzupełnieniu o nowe wątki scalone w jedną fabułę.

Pójdę na łatwiznę i zacytuję opis komiksu zamieszczony w Masońskim Magazynie Komiksowym „CYRKIELNIA” (1997):
„Na początku trzeciego tysiąclecia miały miejsce dwa wydarzenia, które w rezultacie wpłynęły na losy większości ludzi w Polsce. W Zakopanem, na Harendzie, niedaleko domu Witkacego urodził się Simon Josue Piehonsky, a w Krakowie po raz pierwszy ujawnił się człowiek nazywający siebie Straine. Niewiele wiadomo o pochodzeniu tego drugiego. Nie istnieje żaden wiarygodny przekaz dotyczący dzieciństwa Straine`a. Słowo dzieciństwo jest w tym miejscu wielce problematyczne, bo według niektórych plotek Straine nie jest człowiekiem. Straine jest superbohaterem. Piehonsky to superłotr i Wielkie Przeciwieństwo Straine`a. Jest pewny siebie, bezczelny, dowcipny i obdarzony szaleńczym urokiem. Jest w pyte. Straine dużo czyta, nie ma przyjaciół, a z kobietami mu się nie układa. Ale nikt tak jak on nie potrafi skopać dupy Piehonsky`emu.”

W pomyśle oraz jego realizacji (scenariusz i rysunek) widzę duży potencjał. Taka postać polskiego superbohatera (to samo dotyczy jego antagonistów) odpowiada mi bardziej niż przygody ubranych w biało-czerwone trykoty klonów amerykańskich superbohaterów.

Zapowiedź drugiej części przygód Straine’a pojawiła się w 2002 roku. Album ma nosić tytuł “Purgatorium” i … niestety, nadal na niego czekam.

The Newsboy Legion

Pierwotnie opublikowano na stronie 02 września 2013

Wśród wielu moich ulubionych twórców, Jack „King” Kirby zajmuje czołowe miejsce. Dałem temu wyraz popełniając artykuł dla magazynu „AQQ” (Nr 17/1999). Również w magazynie „Znakomiks” (nr 3 noszącym jeszcze tytuł „Z.N.A.K.”) „zdjąłem z półki” komiks „The Destroyer Duck”. Najwyższy czas by przedstawić kolejny tytuł, którego współtwórcą był Jack Kirby.

Miałem wtedy chyba 14 lat. Odwiedził mnie kolega, który spędził wakacje u dziadków w Anglii. Przywiózł stamtąd kilka komiksów. Jednym z nich był „Superman’s Pal Jimmy Olsen” numer 141. Już wtedy, może niezupełnie świadomie, byłem wielkim fanem Kirby’ego. Dodatkowo, na okładce było napisane „Kirby Says: Don’t ask! Just buy it!”
Skracając ten wstęp … oddałem za ten zeszyt cztery „klasikery” oraz jednego Tarzana.

Do stworzonych przez Kirby’ego numerów serii „Superman’s Pal Jimmy Olsen”, a raczej do wymyślonego przez niego „The Fourth World” powrócę przy innej okazji. Chociaż … jedna okazja to będzie za mało.

Tym razem, zmierzam do przedstawienia serii, której pierwszy odcinek został przedrukowany w zdobytym przeze mnie zeszycie. Autorami serii był duet Joe Simon (scenariusz) i Jack Kirby (scenariusz i rysunki). Pomysł powstał w roku 1942, za namową Jacka Liebowitza (prezesa National Periodicals Publications Inc., która później przekształciła się w DC Entertainment). Simon i Kirby byli autorami świetnie sprzedającej się serii „The Boy Commandos”. W obliczu trwającej Drugiej Wojny Światowej, każdy młody Amerykanin mógł w każdej chwili spodziewać się powołania do wojska. Dlatego Liebowitz umożliwił Simonowi i Kirby’emu założenie studia, w którym wraz z innymi młodymi artystami mogli przygotować zapas materiału do popularnej serii. Wkrótce okazało się, że powstał nadmiar materiału. Wtedy to Liebowitz zaproponował utworzenie drugiej serii z grupą młodocianych bohaterów. Powiedział: „A może wprowadzimy kilka zmian? Co, jeżeli połowa materiału przedstawi zupełnie inną grupę? Mielibyśmy podwójną licencję, większy merchandising, więcej produktów, większy profit…”. Simon i Kirby usiedli, pomyśleli, przywołali trochę swoich młodzieńczych doświadczeń i stworzyli „The Newsboy Legion”, którego pierwszy odcinek ukazał się w kwietniu 1942 roku w siódmym numerze „Star Spangled Comics”. Przy realizacji serii obejmującej 57 odcinków uczestniczyli również: Arturo Cazeneuve (tusz), Steve Brodie (tusz), John Daly (tusz), Gil Kane (rysunki, tusz) oraz Harry Tschida (tusz).

Grupa młodocianych sierot mieszkająca w „suicide slum”, fikcyjnym slumsie Nowego Yorku, zarabia na życie sprzedając gazety. Jej liderem jest Tommy Tompkins. Geniuszem sprytu jest Big Words. Rolę osiłka pełni Scrapper. Skład grupy dopełnia bezustannie gadający Gabby. Chłopcy często popadali w konflikt z prawem, za co groziło im zamknięcie w domu poprawczym. Wstawił się za nimi lokalny policjant Jim Harper. Poręczył on za nich przed sądem oraz obiecał zaopiekować się nimi. Chłopcy nie od razu przyjęli wyciągniętą do nich dłoń. Przecież była to dłoń gliniarza. Natomiast fascynowała ich postać Obrońcy (The Guardian – autorzy użyli tego słowa w dwojakim znaczeniu, na co wskazuje pierwszy kadr komiksu: obrońcy prawa i stróża obywateli oraz opiekuna tytułowej grupy chłopców), którym już w pierwszym odcinku stał się Jim Harper. Nie posiada on żadnych super mocy. W Obrońcę przebiera się by skuteczniej od zwykłego policjanta walczyć z kryminalistami lub szpiegami. Przygody grupy chłopców oraz Obrońcy przeplatają się. Wspólnie, chociaż najczęściej początkowo niezależnie od siebie, krzyżują plany złoczyńcom, gangsterom i szpiegom. Po kilku wspólnych przygodach chłopcom wydaje się, że to Harper jest Obrońcą. Niestety nie udaje im się tego udowodnić.

Oprócz przedruku w „Superman’s Pal Jimmy Olsen”, oryginalne zeszyty serii były poza moim zasięgiem (tak dostępności jak i, a może przede wszystkim, finansowym), aż do roku 2010, kiedy to DC Comic wydało pierwszy tom zbiorczego wydania „The Newsboy Legion” obejmujący pierwsze 26 odcinków.

Musisz-to-mieć, w przyjaznej cenie, dla każdego fana duetu Simon & Kirby.

Tuk Tuk: Niewiarygodne i zagadkowe niepowodzenia panów Hilla & Slade’a

Pierwotnie opublikowano na stronie 07 sierpnia 2013

Podczas London Super Comic Convention II w lutym tego roku (patrz zakładka newsy), w rejonie „Artists Alley” gdzie znajdowały się stoiska wydawców niskonakładowych oraz autorów samodzielnie wydających swoje prace, rzuciła mi się w oczy okładka albumu „Tuk Tuk”. Zajrzałem do środka i stwierdziwszy, że do tej pory w komiksie europejskim czy amerykańskim nie widziałem wielu tak niezwykle charakterystycznych rysunków, od razu podjąłem decyzję na tak. Nie zawiodłem się też na samej historii.

Dla opisania zawartości pierwszego tomu tej serii komiksowej, najlepsze będą słowa samego jej twórcy i wydawcy Williama Kirkby.

To nie jest opowieść o heroizmie. Nie jest to także opowieść o Dobru vs Zło. To jest opowieść o spokojnym życiu i głupcach, którzy starają się je osiągnąć…

Tuk Tuk to fikcyjna wersja brytyjskiej kolonizacji Indii, wymieszana ze steampunk’owym zlekceważeniem dla odpowiadającej tamtemu okresowi technologii. Zmiksowana z moimi fragmentarycznymi wspomnieniami oryginalnych zasad gry Lochy i Smoki gdzie złoto=XP, dla mnie oznacza ona kulturę, w której prawdziwi bohaterowie fantasy nie są wojownikami, ćpającymi narkotyki barbarzyńcami lub tryskającymi mocą wieków sędziwymi magami, ale są kupcami goniącymi za szybką gotówką. To wszystko doprowadziło mnie do wyobrażenia sobie „Tylko głupcy i konie” (ang. „Only Fools And Horses”) w scenerii fantasy…

Jeżeli ukaże się drugi tom tego rysowanego niezwykłą kreską, zabawnego i jednocześnie dziwacznego komiksu, bardzo będę chciał mieć okazję do jego nabycia.

Philippe Druillet

Pierwotnie opublikowano na stronie 03 sierpnia 2013

Tym razem przedstawię nie komiks, czy serię komiksową, ale twórcę, którego niemal wszystkie dzieła przemówiły do mnie tak bardzo, że umieściłem je w kolekcji.

Ponieważ nie znam języka francuskiego, w komiksach z tego obszaru językowego interesuje mnie głównie ich strona graficzna. Oczywiście dotyczy to tych komiksów, których przetłumaczone wersje nie ukazały się w językach polskim lub angielskim, z którymi to radzę sobie najlepiej.

Autorem komiksów, w którego pracach strona graficzna odgrywa dominującą rolę, co przejawia się cyzelowaniem szczegółów oraz wysoce artystycznym podejściem do kompozycji strony, jest Philippe Druillet.

Z grafiką Druillet’a po raz pierwszy zetknąłem się w roku 1982 kupując grę fantasy „Labirynt śmierci” opublikowaną w Polsce przez firmę Encore. Szczerze mówiąc, okładka zainteresowała mnie bardziej niż sama gra. Wkrótce dowiedziałem się, że autorem wykorzystanego rysunku był Philippe Druillet, a kadr pochodził z jego albumu komiksowego „Yragael”. Nie mam tylko pewności, czy Encore wykorzystała oryginalny rysunek Druilleta, czy też ich grafik jedynie go odwzorował. Dzisiaj nie mogę tego sprawdzić, gdyż nie posiadam już tej gry. Tak czy owak, od tamtej pory, nazwisko tego twórcy znajdowało się na mojej „muszę-to-mieć” liście. Ponieważ w tamtym okresie nie miałem możliwości skorzystania z zakupu u źródeł (krajów Beneluksu nie miałem okazji odwiedzić, a na internet taki, jakim go znamy dzisiaj, trzeba było czekać jeszcze przez wiele lat), moje poszukiwania trwały długo. Moja cierpliwość została nagrodzona niemal dekadę później podczas jednego z targów komiksowych w Londynie, gdzie z pudła ze starymi albumami udało mi się wygrzebać dwie pozycje w … yes! … języku angielskim. Były to dwa albumy zawierające po dwie opowieści „Lone Sloane” i „Delirius” oraz „Yragael” i „Urm”.

Kilka lat później, korzystając z uprzejmości warszawskiej księgarni Marianna, która specjalizuje się w literaturze francuskiej, zamówiłem kilka kolejnych albumów. Tym sposobem, jedna z pozycji na mojej „muszę-to-mieć” liście została zrealizowana.

Zainteresowanych twórczością Druillet’a odsyłam do opublikowanego w internetowym magazynie KZ obszernego tekstu Tomka Brzozowskiego. Materiał, który polecam, znajduje się tutaj.

ACE Trucking Company

Pierwotnie opublikowano 18 lipca 2013

Dokądkolwiek, kiedykolwiek!
To jeden ze sloganów marketingowych kosmicznej firmy transportowej Ace Trucking Co. Jej właścicielem i jednocześnie kapitanem transportowca Speedo Ghost jest spiczasto-głowy Ace Garp. Jego załogę stanowią ochroniarz GBH (Dead), który uważa się za istotę martwą, szkieleto-podobny Feek the Freek pełniący obowiązki mechanika pokładowego oraz tryskający sarkazmem komputer pokładowy Ghost. Do ekipy dołączył jeszcze Chiefy the Pig-Rat, który, pomimo tego, że ustawicznie ubliża Feek’owi, jest jego najlepszym przyjacielem.

Tej grupy indywiduów niezwykłe przygody w różnych zakątkach kosmosu można było śledzić na stronach brytyjskiego tygodnika „2000AD Weekly”, począwszy od jego 232 numeru. Seria „Ace Trucking Co.” została stworzona przez scenarzystów Johna Wagnera i Alana Granta oraz rysownika Massimo Belardinelli (jedną zamkniętą historię narysował Ian Gibson). Na przestrzeni lat 1981-1988 powstało 650 stron tego komediowego komiksu s-f. Ciekawe jest to, że w momencie, gdy scenarzystom znudził się ten projekt i kilkakrotnie próbowali doprowadzić do zamknięcia serii, czytelnicy magazynu „2000AD Weekly” nie pozwolili na to.

Komiksy prezentowane na łamach „2000AD Weekly” zawierają dużą dozę angielskiego czarnego humoru. Jest to szczególnie charakterystyczne dla serii publikowanych w latach 70-tych do 90-tych. To właśnie ten humor i zabawy słowne, obok scenariuszy i niesamowitych czarno-białych rysunków przedstawiających historie inne od znanych mi wtedy głównie amerykańskich, polskich i nielicznych europejskich komiksów przełomu lat 70tych i 80-tych, przyciągnęły mnie do 2000AD.
Ace Trucking Co. nie zawierało dozy humoru. Z założenia, poczynając od scenariusza Wagnera i Granta, poprzez wymyślony przez nich futurystyczny CB-radio slang Ace Garpa, kończąc na rysunkach Belardinellego specjalizującego się w przedstawianiu wszelkiej maści dziwnie wyglądających obcych, ta seria w całości była kosmiczną (w obu znaczeniach słowa „kosmiczny”) komedią.

Bardzo lubię wracać do tego komiksu. Szczególnie skupiam się na CB-radiowych dialogach Ace Garpa. Staram się na nowo je odczytywać sprawdzając, jak tym razem je odbiorę. Kilku z moich znajomych anglojęzycznych fanów komiksu przyznało mi się, że oni również mieli trudności w natychmiastowym rozumieniu niektórych wypowiedzi Ace’a.

Serię udało mi się skompletować głównie w postaci reprintów w magazynie „The Best of 2000AD Monthly”. W latach 2008 i 2009 firma Rebellion opublikowała dwa tomy zawierające wszystkie odcinki „Ace Trucking Co.”

Domu: The Dreams of Children

Pierwotnie opublikowano 10 lipca 2013

Mangę „Domu”, jej brytyjskie wydanie z roku 1994 (Mandarin Paperbacks), kupiłem kierując się nazwiskiem autora. Po tym, jak wcześniej skompletowałem i przeczytałem „Akirę” (kolorowe wydanie firmy Dark Horse Comics, 1989) byłem przekonany, że cokolwiek wyszło spod pióra i ołówka Katsuhiro Otomo stanowi dobrą lekturę. Poza tym, bardzo lubię japońską SF.

Podobnie jak w „Akirze”, główni bohaterowie „Domu” mają zdolności telekinetyczne i parapsychiczne. Akcja tej sensacyjno-kryminalnej powieści toczy się w olbrzymim apartamentowcu. Dochodzi tam do serii tajemniczych zgonów mieszkańców. Prowadzone policyjne śledztwo nie daje rezultatów. Czytelnik dowiaduje się, że za zgonami stoi stary mieszkaniec budynku znany jako Stary Cho. Wykorzystując posiadane zdolności telekinetyczne prowadzi on dziecięcą zabawę polegającą na odbieraniu fantów od pokonanych przeciwników. Tyle, że w zabawie prowadzonej przez Starego Cho pokonani nie są świadomi uczestnictwa w grze, a pokonanie ich polega na doprowadzeniu ich do śmierci (najczęściej w drodze wypadku mającego znamiona samobójstwa). Na drodze Cho staje dziewczynka Etsuko, która właśnie wprowadziła się do budynku. Ona także posiada zdolności telekinetyczne i parapsychiczne …

Nie pomyliłem się.

The Hands of Shang-Chi, The Master of Kung Fu

Pierwotnie opublikowano 07 lipca 2013

W połowie lat 70-tych XX wieku świat zachodni przeżywał fascynację kulturą Dalekiego Wschodu, w tym sztukami walki wywodzącymi się z Chin, Japonii, Filipin czy Tajlandii. Fascynacja ta dotarła również do Polski. Zaczęliśmy poznawać coś więcej niż popularne judo. Pierwszym filmem karate, jaki trafił do polskich kin był japoński „Cobra” z 1976 roku. Opowiadał on o japońskim inspektorze policji, ekspercie karate, walczącym z japońską mafią. O Bruce Lee usłyszałem rok wcześniej, kiedy to wpadło mi w ręce kilka numerów brytyjskiego magazynu „Kung-Fu Monthly”, od roku 1974 wydawanego przez Dennis Publishing w Londynie. Film „Wejście smoka” (1973) sprowadzono do polskich kin dopiero w roku 1982. Fabułę tego filmu zna już chyba każdy.

Tak połknąłem bakcyla sztuk walki. Rozwijające się zainteresowanie spowodowało, iż w roku 1979 bez większego namysłu skorzystałem z okazji i kupiłem kilkanaście numerów komiksu „The Hands of Shang-Chi, The Master of Kung Fu” wydawanego przez Marvel Comics Group. Do zakupu przekonały mnie tematyka, główna postać komiksu wzorowana na Bruce Lee oraz rysunki Paul’a Gulacy. Natomiast scenariusze Dough Moench’a spowodowały, że na przestrzeni kilkunastu kolejnych lat skompletowałem całą serię wraz z Annual’em i zeszytami Gigant-Size.

Shang-Chi pojawił się w roku 1973, na fali wspomnianego wyżej zainteresowania kulturą Dalekiego Wschodu, w 15 i 16 numerze „Special Marvel Edition”. Autorem scenariusza był Steve Englehard a rysunki wykonał Jim Starlin. Od numeru 17 seria zmieniła tytuł na „The Hands of Shang-Chi, The Master of Kung Fu” i stała się sukcesem komercyjnym Marvel’a. Wspomniani przeze mnie Moench i Gulacy przejęli serię od numeru 22. Moench napisał scenariusze aż do zeszytu numer 122 włącznie. Wkrótce potem, numerem 125 zakończono serię (rok 1983). Rysownikami serii, oprócz Starlina i Gulacy’ego, byli Jim Craig, Keith Pollard, Mike Zek, William Johnson oraz Gene Day.

Tytułowym bohaterem komiksu jest Chińczyk Shang-Chi, wychowany i wyszkolony przez swojego ojca, doktora Fu Manchu, jako jedno z narzędzi realizacji jego zamierzeń zdobycia władzy nad światem. Jednak po wykonaniu pierwszego zleconego zadania, młody Shang-Chi zorientował się w charakterze prawdziwych zamiarów ojca. Wtedy to zaprzysiągł, iż uczyni wszystko, aby nie dopuścić do realizacji jego ambicji. Shanga zwerbował wtedy wywiad brytyjski i został on członkiem MI-6. Głównym wątkiem serii jest walka z Fu Manchu i jego sektą zabójców Si-Fan. Jednak Marvel nie byłby Marvel’em gdyby nie doprowadził do skrzyżowania pięści pomiędzy Shang-Chi a kilkoma ze swoich flagowych superbohaterów, takimi jak: Spider-Man, Man-Thing, Jack of Hearts, Doctor Doom, Black Widow czy Nick Fury, a nawet ROM. Po ostatecznej walce z ojcem, Shang-Chi rozstał się z MI-6 by osiąść w chińskiej prowincji Kwang Tung i tam prowadzić życie rybaka.

Marvel nie pozwolił Shangowi pozostać bezczynnym. W roku 1991 pojawił się jeden numer „The Return of Shang-Chi, Master of Kung Fu” (sc. Dough Moenh, rys. David i Dan Day), a dwa lata później sześcio-odcinkowa miniseria „Master of Kung Fu” (Moench & Gulacy).

Przygody Shang-Chi, inne od tych z serii zeszytowej, stanowiły również istotny element zawartości czarno-białego miesięcznika “The Deadly Hands of Kung Fu” (33 zeszyty w latach 1974-1977).

Huckleberry Hound

Pierwotnie opublikowano 25 czerwca 2013

„I kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate. Te, co skaczą i fruwają na nasz program zapraszają”. Tymi słowami piosenki, których autorem była Maria Terlikowska, w poniedziałkowe popołudnia lat 70-tych, przed ekrany telewizorów zwoływano młodocianych miłośników przyrody. Tak rozpoczynał się skierowany do dzieci i młodzieży telewizyjny program przyrodniczy „Zwierzyniec”.

Pamiętam gawędy pana Michała Sumińskiego – myśliwego i miłośnika zwierząt (jeżeli te dwie rzeczy mogą iść w parze). Pamiętam je, dlatego że dla mnie stanowiły one denerwujący wstęp do głównego punktu programu – do kreskówek wytwórni Hanna-Barbera. Filmy przyrodnicze wolałem oglądać w innych programach: „Z kamerą wśród zwierząt” państwa Gucwińskich oraz „W świecie przyrody” (chyba taki miał tytuł). Natomiast, w przypadku „Zwierzyńca”, z niecierpliwością czekałem na to, aż pan Michał skończy skradać się, chrząkać, chrumkać, pirlać, tirlać, bzyczeć, ćwierkać, świstać, kwilić, pitpilitać i pimpilić … Pomijając ten szczegół, „Zwierzyniec” kojarzy mi się, przede wszystkim, z psem Huckleberry, myszkami Pixie i Dixie oraz kotem Jinksem, misiem Yogi, gorylem Magilla, Augie Doggie…

To była chyba szósta klasa podstawówki. Okazało się, że istnieją komiksy z bohaterami filmów Hanna-Barbera. Jedna z moich koleżanek z klasy przyniosła do szkoły amerykański zeszyt „Huckleberry Hound”. Dzisiaj nie pamiętam już tego, co dałem jej w zamian, aby zdobyć ten komiks. Na pewno, nie było to byle co, gdyż w tamtych czasach gotów byłem dać wiele za interesujący mnie egzemplarz. Najprawdopodobniej, był to wtedy jedyny taki zeszyt w Szczecinie. Obecnie posiadam kilka zeszytów i darzę je sentymentem. Myślę, że mój sentyment jest większy od tego, jaki moje dzieci będą miały (jeżeli w ogóle) w stosunku do komiksów „Kaczor Donald”.

Wydawcami komiksów z bohaterami kreskówek Hanna-Barberra były: firma Dell, następnie Gold Key i Charlton.

Toaletnicy – czyli politycy na wakacjach

Pierwotnie opublikowano 25 czerwca 2013 roku

Ten wpis jest efektem przypadkowego zajrzenia do „archiwum rzeczy dziwnych”.
Myślę, że każdy ma takie archiwum w domu, nawet, jeżeli świadomie go nie utworzył. Znajdują się tam rzeczy zakupione lub otrzymane, co do których możemy mieć tylko jedno pytanie: „a na co mi to?”.

Tym razem, znalazłem, mogący uchodzić za komiks a umieszczony jako powtarzalny wzór na rolce papieru toaletowego, zestaw opatrzonych dymkami z tekstem karykatur kilkoro znanych i rozpoznawalnych (w momencie publikacji – rok 2005) polskich polityków.
Wydawca napisał o swoim produkcie, między innymi to: „w ten żartobliwy sposób chcemy wyrazić nasz stosunek do polskiej elity. Naszym zdaniem odpowiada on oczekiwaniom społeczeństwa wobec znacznej części polityków”.
No taaak…nawet, jeżeli mój stosunek do polityków ówcześnie dominujących w mediach i niestety również w polityce, mógł być zbliżony do tego sugerowanego przez wydawcę, to z punktu widzenia mojego hobby muszę teraz zapytać sam siebie: Po co ja to kupiłem? Tak naprawdę, to jest to produkt do d#@*y.
Z drugiej strony, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może przyda się to jako droga rezerwa na wypadek braku…? Oby mi się tylko udało ponownie to odnaleźć w momencie nadejścia „potrzeby”.

Little Annie Fanny

Pierwotnie opublikowano 24 czerwca 2013

Nie pamiętam dokładnie roku, ale było to w pierwszej połowie lat 70-tych, jakoś tak między siódmą a ósmą klasą podstawówki. Mój wujek wyjeżdżał w delegację do USA i zapytał mnie o to, co chciałbym dostać w prezencie. Bez namysłu odpowiedziałem, że jakiś komiks.

Był to czas, gdy podobnie jak cała reszta moich rówieśników, coraz większym zainteresowaniem darzyłem płeć przeciwną. Myślę, że mój wujek też kiedyś był dojrzewającym chłopakiem, bo to, co mi przywiózł zupełnie mnie zaskoczyło. Otrzymałem numer miesięcznika Playboy, a w nim … dwa w jednym!

Nie wiem, co ucieszyło mnie bardziej, więc wymienię w przypadkowej kolejności: trzy strony komiksu Little Annie Fanny oraz galeria fotografii i „rozkładówka” z dziewczyną miesiąca. Hm … a może jednak bardziej przypadkowa kolejność to: galeria fotografii i „rozkładówka” z dziewczyną miesiąca oraz trzy strony komiksu Little Annie Fanny.

Serię o Little Annie Fanny stworzyli Harvey Kurtzman i Will Elder. Pierwszy odcinek ukazał się w roku 1962 w październikowym numerze Playboy’a. Na przestrzeni lat, współautorami serii byli Jack Davis, Sarah Downs, Russ Heath, Larry Siegel, William Stout, Paul Coker Jr., Frank Frazetta, Al. Jaffee, Bob Price i Arnold Roth.

Komiks opisuje przypadki Annie Fanny, która jest wysoką, kształtną, naiwną blondynką. W każdym epizodzie znajduje się ona w sytuacjach doprowadzających ją do negliżu, podczas gdy napaleni faceci próbują wykorzystać te nadarzające się sytuacje, często sami będąc ich prowodyrami. Ujęty w takie ramy komiks, w satyryczny sposób odnosił się do aktualnych wydarzeń z news’ów, do wydarzeń kulturalnych (Beatlemania, Gwiezdne Wojny, Rambo, Poszukiwacze zaginionej arki, tp.), do tematów społecznych (hippisi, plaże nudystów, streaking, front wyzwolenia gejów i lesbijek, narkomania), sportu (olimpiada). Na jego stronach pojawiali się znani muzycy, piosenkarze, aktorzy, sportowcy, biznesmeni i politycy.

Nie wiem jak to się stało, ale mój pierwszy egzemplarz Playboya nie zachował się w mojej kolekcji. Dlatego ucieszyła mnie inicjatywa wydawnictwa Dark Horse. W roku 2001 wydało ono pierwszy, a rok później drugi tom, w których zebrano wszystkie, opublikowane na przestrzeni lat 1962-1988, odcinki komiksu o Annie Fanny. Jednym z bonusów tego wydania jest swego rodzaju dzienniczek, w którym przedstawiono tło powstania niemal każdego epizodu komiksu. To pomaga, szczególnie młodszym czytelnikom, w poznaniu/zrozumieniu sytuacji, wydarzeń lub tematów stanowiących kanwę danego odcinka. Satyryczne odniesienia do rzeczywistych wydarzeń powodują, że komiks o Annie Fanny jest dobrą rozrywką. Nie tylko ze względu na jego występującą głównie w negliżu bohaterkę.