Death Dealer

 Chęć zakupu serii „Death Dealer” rozbudziły u mnie nazwiska twórców.

Pierwszy z nich to Frank Frazetta. To on wymyślił postać Siewcy Śmierci (moje tłumaczenie angielskiego Death Dealer) i przedstawił go na kilku ze swoich obrazów. Ich reprodukcje zostały wykorzystane na okładki zeszytów serii.

Drugim jest Glenn Danzig, do czasu pojawienia się reklam serii komiksowej, znany mi jako wokalista i tekściarz metalowej grupy Danzig. Okazało się, że jest on również fanem komiksu. Założył własną firmę wydawniczą specjalizującą się w publikacji adresowanych do dorosłych komiksów, do których pasują dwa określenia: „pełne przemocy” i „erotyczne”. Od słów „violent” oraz „erotic” pochodzi nazwa firmy Verotic. To Danzig wpadł na pomysł stworzenia komiksu, którego bohaterem jest postać wymyślona przez Frazettę. On też sam napisał scenariusz.

Kolejni to, zaproszeni przez Danzinga do współpracy, Simon Bisley, Arthur Suydam oraz Liam Sharp, którzy znani są z rysowania heroicznych postaci w akcji.

Prosta fabuła o dokonaniu zemsty zamknięta została w czterech zeszytach. Jeden scenarzysta i trzech rysowników. Mało do czytania. Duuuuużo akcji. Na stronach komiksu znalazło się wszystko to, co fascynuje Danziga, czyli: klimat fantasy z odrobiną horroru; piękne (do czasu) czarownice; potężni wojowie, którzy mieczami i toporami sieką się nawzajem na bryzgające posoką i walające się po pobojowisku kawałki; erotyka przejawiająca się w nagości przedstawianych postaci.

Z wydanych w latach 1996-1997 czterech zeszytów, ten czwarty, narysowany przez Suydama, najbardziej oddaje ducha obrazów Frazetty. Myślę jednak, że głównym celem wydawcy nie było to, by grafiki wprost kojarzyły się z malarstwem Frazetty, ale raczej by były verotic.

Ada, Junior i Pirat

Pierwotnie opublikowano na stronie 29 stycznia 2014

Tego komiksu nie zdejmuję z półki, ale właśnie go na nią kładę. Ponieważ mam go w rękach i jestem świeżo po lekturze pomyślałem, iż mogę napisać o nim kilka słów.

W moich zainteresowaniach komiksem jestem bardzo eklektyczny. Dlatego staram się zapoznać z każdą dostępną publikacją pojawiającą się na polskim rynku. Szczególnie interesują mnie prace polskich twórców. Nie oznacza to tego, że każda z nich wyląduje w mojej kolekcji. To zakończyło się już kilka lat temu.

Jest tajemnicą poliszynela, że polski rynek komiksowy jest bardzo mały. Dlatego interesujące jest to, w jaki sposób zainteresowanie komiksem jest rozbudzane wśród czytelników. Szczególnie chodzi o tych najmłodszych, którzy w przyszłości mogą zasilić szeregi tak zwanych „komiksiarzy”, tj. osób czytających, zbierających, tworzących komiksy. Mając to na uwadze, w kioskach i „sieciówkach” prasowych przeglądam również półki z prasą adresowaną do najmłodszych czytelników.

Magazynem nie komiksowym od lat wykorzystującym komiks jest dwutygodnik „Kumpel”. Jego wydawca (Agencja Wydawnicza Aga Press) przedstawia go jako „pismo przeznaczone dla uczniów początkowych klas szkoły podstawowej”, które „realizuje cele kształcenia zintegrowango”, i które „poprzez zabawę tłumaczy zasady ortografii, gramatyki, matematyki”. Komiks stanowi jeden z głównych elementów tego magazynu.

Z wydawcą pisma współpracuje kilkoro grafików. Jednym z nich jest Hubert Ronek. Począwszy od roku 2008 regularnie dostarcza on odcinki serii „Ada, Junior i Pirat” rysowane do scenariusza Magdy Maciak. Pomimo tego, iż dostosował ją do potrzeb młodego odbiorcy oraz do profilu magazynu, jego charakterystycznej kreski trudno byłoby nie rozpoznać osobom znającym inne prace Huberta (w tym, nieskromnie przypomnę, pierwszy tom „Krainy Herzoga” wydany przez „Studio Domino” Sp. z o.o.).

Komiks porusza tematykę aktualną i bliską młodemu czytelnikowi (dom, rodzeństwo, szkoła, rówieśnicy, zwierzęta). Osoby tytułowych bohaterów oraz toczące się w tle ich życie rodzinne i szkolne łączą odcinki w serię. Jednak głównym zadaniem komiksu jest przekazywanie młodym czytelnikom treści wychowawczych, moralizatorskich i edukacyjnych. Oczekiwany przez wydawcę przekaz jest profesjonalnie realizowany przez autorów komiksu. Każdy z odcinków koncentruje się na innej sprawie, dlatego w ramach narzuconego sobie kronikarskiego obowiązku ograniczyłem się do zakupu kilku sporadycznych egzemplarzy magazynu.

W grudniu 2013, Hubert Ronek własnym sumptem wydał portfolio zbierające wszystkie, dotychczas opublikowane odcinki komiksu. Jest to pieczołowicie przygotowany, pięknie wydrukowany i oprawiony album. Muszę przyznać, że zebranie wszystkich odcinków powstałego komiksu w jeden 222-stronicowy wolumin było dobrym pomysłem. Dokumentuje on wykonanie dobrej, komiksowej pracy u podstaw.

Hm …
”samochwała w kącie stała
i wciąż tak opowiadała…”
… cieszy mnie to, że stałem się posiadaczem jednego z nielicznych (28 sztuk) egzemplarzy tej publikacji.

Ps.
Więcej na temat tego komiksu znajdziecie tutaj http://mundialman.blogspot.com/2014/01/24-x-224-hc.html

Illustrated Classics

Pierwotnie opublikowano na stronie 16 stycznia 2014

Przez pierwszy rok (około 1966) mojego świadomego zainteresowania tym medium i zbierania dostępnych publikacji, wobec przedmiotu mojej fascynacji stosowałem słowo będące w użyciu wśród nas ośmio- i dziewięciolatków. Wszyscy czytaliśmy i zbieraliśmy „klasikery”.

Słowo, które w tamtym czasie nie występowało w moich kolegów i moim słowniku, pojawiło się w nim za sprawą mojej starszej ode mnie o dwa lata kuzynki. Słowem tym było „komiks”.

A czym był „klasiker”? To słowo pojawiło się w Polsce w drugiej połowie lat 60-tych XX wieku. To wtedy wiele polskich drukarni rozpoczęło realizację zamówień składanych u nich przez wydawców komiksów z praktycznie całej Europy Zachodniej. Były to głównie komiksy zeszytowe stanowiące przede wszystkim przedruki komiksów z rynku amerykańskiego. Serią dominującą była „Classics Illustrated”. To zeszyty z tej serii w największych ilościach „wyciekały” z drukarń i trafiały do rąk miłośników opowieści rysunkowych. Dominowały wersje niemieckie (Illustrierte Klassiker), norweskie (Illustrerte Klassikere), szwedzkie (Illustrerade Klassiker), duńskie (Illustrerede Klassikere). Wszystkie miały jeden wspólny element okładki. Było nim słowo „klasycy” (lub, w zależności od języka, „klasyka”), które w tych wersjach językowych jest niemal identyczne i stanowi źródłosłów dla „klasikera”, który przez pewien czas funkcjonował w Polsce na równi z „komiksem”. Dla wielu, „klasiker” nadal stanowi synonim zachodniego komiksu drukowanego w polskich drukarniach w latach 60-tych i 70-tych.

Seria „Ilustrowana klasyka” została wykreowana w roku 1941 przez Alberta Lewisa Kantera dla Elliot Publishing Company, która w roku 1942 przeistoczyła się w Gilberton Publications Company. Na przestrzeni lat 1941-1971 zostało wydanych 169 zeszytów. Seria została wyeksportowana do wielu krajów. Przy czym, występują różnice pomiędzy wydaniami amerykańskimi a europejskimi. Różnice te dotyczą głównie kolejności publikacji poszczególnych zeszytów, ale również grafik pojawiających się na niektórych okładkach. Dodatkowo, np. w Wielkiej Brytanii i krajach skandynawskich, opublikowano tytuły, które nigdy nie ukazały się w USA.

Kanter uważał, że nowe medium jakim wtedy był komiks może z powodzeniem być wykorzystane dla propagowania literatury pięknej wśród młodych i niechętnych czytelników. W latach 60-tych i 70-tych, w Polsce sytuacja była inna niż w USA. W czasach gdy książka, pomimo nakładów wyższych od większości obecnych, była produktem deficytowym, dobra powieść była przedmiotem poszukiwań, również przez młodzież. Nie pamiętam, aby ktoś specjalnie musiał namawiać nas do czytania książek. No… chyba, że były to jakieś nudne (według nas) lektury szkolne. Oprócz polskich klasyków (np. Henryk Sienkiewicz, Józef Ignacy Kraszewski), zaczytywaliśmy się powieściami Juliusa Verne, Herberta George Wellsa, Roberta Louisa Stevensona, Marka Twaina, Waltera Scotta, Daniela Defoe, Jamesa Penimore Coopera, Jonathana Swifta, Rudyarda Kiplinga … Z lektur narzuconych programem szkolnym, zapoznaliśmy się z twórczością Harriet Beecher Stowe, Homera, Charlesa Dickensa, Williama Shakespeare’a, Victora Hugo, Miguela de Servantesa …. . Do tego należy dodać telewizję, w której raczej regularnie prezentowano filmy wyprodukowane na podstawie światowych klasyków literatury. W momencie, gdy zaczęły pojawiać się „klasikery”, większość z ich tytułów była bardzo dobrze znana polskim czytelnikom. Z tego powodu nikomu nie przeszkadzało to, że dymki zawierały teksty pisane w mało lub w całkowicie niezrozumiałych językach. My i tak bardzo dobrze wiedzieliśmy o co w nich chodzi. Mieliśmy w rękach graficzne uzupełnienie przeczytanych, lubianych i (często) posiadanych książek.

Jakość grafik i komiksowej narracji była w tej serii zróżnicowana. Wśród wielu poprawnych graficznie adaptacji znajdowały się również wydania mierne ale także perełki prezentujące nowatorskie w tamtym czasie podejście do rysunku. Charakterystyczne dla tej serii były malowane okładki. Często stanowiły one najważniejszy bodziec w momencie podejmowania decyzji „chcę to mieć”.

W pierwszej połowie XX wieku, większość wydawców komiksów nie zamieszczała w swoich publikacjach nazwisk ich twórców. Dopiero z późniejszych opracowań i tekstów możemy dowiedzieć się o tym, kto narysował dany komiks. Wśród, wtedy anonimowych, artystów współtworzących serię byli: Jack Abel, Stephen Addeo, Matt Baker, Dik Browne, Lou Cameron, Sid Check, L.B. Cole, Reed Crandall, George Evans, Denis Gifford, Graham Ingels, Henry C. Kiefer, Alex Blum, Everett Raymond Kinstler, Jack Kirby, Roy Krenkel, Gray Morrow, Joe Orlando, Norman Nodel, Rudolph Palais, Norman Saunders, John Severin, Joe Sinnott, Angelo Torres, Al Williamson and George Woodbridge.
Jest na tej liście kilka nazwisk, dla których warto pamiętać o tej serii.

Laurel and Hardy

Pierwotnie opublikowano na stronie 10 stycznia 2014

Mając kilka, kilkanaście lat uwielbiałem niedzielne telewizyjne spotkania w “Starym kinie”. Szczególnie czekałem na to, by prowadzący ten program Stanisław Janicki przedstawił kolejne klasyki komedii. Bawiły mnie filmy z Buster Keetonem i Haroldem Lloydem. Podczas oglądania slapstickowych wyczynów Charliego Chaplina, ze śmiechu bolał mnie brzuch. Rozwalały mnie gagi i skecze Braci Marx. Jednak największą sympatią darzyłem wtedy i darzę nadal Flipa i Flapa.

Wykreowany przez Arthura Stanleya Jeffersona (StanLaurel) i Norvella Hardyego (Oliver Hardy) duet przyjaciół był znany niemal na całym świecie jako Laurel & Hardy (w krajach anglojęzycznych), Gog og Gokke (w Danii), Hellan och Halvan (w Szwecji), Stanio i Olio (w krajach byłej Jugosławii), El Gordo y el Flaco (w Hiszpanii), Ohukainen ja Pasukainen (w Finlandii), Dick und Doof (w Niemczech), Hondroz kai Lignoz (w Grecji), Flip i Flap (w Polsce) …

Z kilku powstałych komiksowych adaptacji przygód Flipa i Flapa najbardziej znana jest seria firmowana przez Larry Harmona. To właśnie te komiksy były w latach 60/70-tych XX wieku wydawane we wszystkich wyżej wspomnianych krajach. Wszystkich, za wyjątkiem Polski. Paradoksalnie, większość z nich była drukowana w polskich drukarniach. To właśnie z tych drukarni do polskich miłośników opowieści obrazkowych wyciekała strużka komiksów. Do naszych rąk trafiały zeszyty w różnych wersjach językowych. Jednak w przypadku Flipa i Flapa nie miało to większego znaczenia. Rysunkowa narracja tych komiksów pozwala na bezbłędne zrozumienie przedstawianych gagów, niezależnie od języka używanego w dymkach.

Ponieważ bardzo lubię Flipa i Flapa, na przestrzeni lat, trafiły w moje ręce różne memorabilia z nimi związane. W pierwszej kolejności były to komiksy. Potem fotosy zakupione w szczecińskim Fotoplastykonie. Następnie taśmy VHS i płyty DVD z filmami. Niedawno natrafiłem na publikację zatytułowaną „Another Fine Mess! Verbal And Visual Gems from The Crazy World of Laurel And Hardy”. Jest to wydany w roku 1975 przez Darien House Inc. album zawierający sekwencje stopklatek z pięciu filmów: „Going Bye-Bye!”, „Swiss Miss”, „The Music Box”, „Towed In a Hole” i „Busy Bodies”. Zdjęcia są sporadycznnie okraszone dialogami. To sprawia wrażenie oglądania foto-komiksu.

Życie i przygody Świętego Mikołaja

Pierwotnie opublikowano na stronie 08 grudnia 2013

Liman Frank Baum jest znany najbardziej z serii książek o krainie Oz. Napisał on jeszcze jedną, piękną książkę „Życie i przygody Świętego Mikołaja”, która została opublikowana w roku 1902.

Wielki Leśniczy znalazł w głębi puszczy porzucone ludzkie niemowlę. Przyniósł je do Lasu Burzee, gdzie jego królowa, leśna nimfa Necile przygarnęła i wychowała go jak własne dziecko. Mieszkający wśród nieśmiertelnych chłopiec otrzymał od swojej przyrodniej matki imię Claus, co w języku Burzee oznacza „Maleńki”. Inni nieśmiertelni nazywali go także Neclaus, czyli Maleńki Necile. Gdy Claus stał się młodzieńcem, Wielki Leśniczy zabrał go w podróż, podczas której pokazał mu świat ludzi, aby przygotować go do powrotu do tego świata, ponieważ Claus nie mógł pozostać z nieśmiertelnymi jako dorosły człowiek. Chłopak zobaczył wojny, biedę, brutalność, zaniedbane i maltretowane dzieci. To spowodowało, iż postanowił stronić od ludzi. Dlatego zamieszkał w wiecznie spowitej śniegiem Dolinie Śmiechu Hohaho, gdzie nieśmiertelni wybudowali mu dom. Pewnej nocy znalazł przed swoim domem zbłąkanego małego chłopca, którego odprowadził do rodziny i obdarował go oraz jego rodzeństwo zabawkami, które wcześniej przygotował jako prezent dla nieśmiertelnych. Radość dzieci, którą zobaczył spowodowała, iż zaczął regularnie robić zabawki i obdarowywać nimi dzieci na coraz to większym obszarze. Dzięki temu dzieci zapominały o biedzie oraz strachu i, aby dostawać zabawki, przestawały źle się zachowywać. Nie podobało się to złym Awgwas, którzy czerpali przyjemność ze złego zachowania dzieci, które w dorosłym życiu stawały się złymi ludźmi podatnymi na ich wpływy. Te złe demony zaatakowały Clausa niszcząc jego zabawki upatrując w nich źródło czarów uodparniających dzieci na zły wpływ Awgwas. Wtedy interweniowali nieśmiertelni i doszło do bitwy, podczas której pokonali oni Awgwas, którzy od tej chwili pozostawili Clausa w spokoju.

Czytając książkę czytelnik dowiaduje się o tym, dlaczego Święty Mikołaj odwiedza dzieci tylko raz w roku i to po zmierzchu, dlaczego do domów wchodzi przez komin, dlaczego prezenty pozostawia pod choinkami i w skarpetach wiszących przed kominkami, dlaczego nosi czerwony płaszcz, jak zapoczątkowano tradycję świątecznego strojenia domów oraz choinek, kto pomaga mu w tworzeniu zabawek, jak powstał jego reniferowy zaprzęg (znane z piosenek i wierszy, imiona reniferów ciągnących sanie Mikołaja pochodzą właśnie z książki Bauma), dlaczego do imienia zaczęto dodawać mu przydomek Święty. Wszystko to jest wyjaśnione w prosty i logiczny sposób. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że w sposób, który nie wzbudza wątpliwości. Hm…na pewno u dzieci.
Ostatecznie, czytelnik dowiaduje się jak Święty Mikołaj uzyskał nieśmiertelność.

Jest to piękna książka, którą, jeżeli nie chcecie jej sami przeczytać, przeczytajcie swoim dzieciom. Długie zimowe wieczory nadają się do tego wspaniale.

Ale przecież…w tym dziale miałem pisać o komiksach.

W roku 1992 nakładem Tundra Publishing Ltd. ukazała się komiksowa adaptacja powieści Bauma „L.Frank Baum’s The Life And Adventures of Santa Claus”. Dokonał jej Michael Ploog. Pomimo skrótów oraz kilku zmian treści ułatwiających narrację komiksową, jest to udana adaptacja. Rysunki Plooga wspaniale oddały bajkowość tej opowieści.

Jest to piękny komiks, który, jeżeli nie chcecie go sami przeczytać, przeczytajcie swoim dzieciom. Długie zimowe wieczory nadają się do tego wspaniale.

Ho! Ha! Ho!

Mędrzec Epikur

Pierwotnie opublikowano na stronie 03 grudnia 2013

W przeciwieństwie do, dajmy na to, Platona, Arystotelesa czy Sokratesa, którzy są zacofanymi głupcami, Epikur jest mędrcem humanistą. Jest tolerancyjny. Jest pierwszym filozofem, który uznał nauczanie kobiet za regułę a nie wyjątek. Na głowę bije intelektem Alcybiadesa (głupka), Herona (wynalazcę rzeczy niepotrzebnych), Alkajosa (pijaczynę)… Potrafi nawet przechytrzyć bogów.
… ? …
No dobrze… Tak widzą go autorzy serii dwóch albumów komiksowych „Epicurus The Sage” wydanych przez Piranha Press (tom pierwszy 1989, tom drugi 1991). Scenarzysta William Messner-Loebs i rysownik Sam Kieth przedstawiają przypadki Epikura, który przemierza starożytną Grecję w towarzystwie Platona oraz młodego Aleksandra Macedońskiego (później zwanego Aleksandrem Wielkim). Przy okazji bycia wplątanymi w znane mity greckie, bohaterowie komiksu, pomiędzy sobą, ale również z napotkanymi osobami znanymi z historii starożytnej (mniej lub bardziej współczesnej Epikurowi) oraz z mitów, prowadzą rozważania filozoficzne, które można określić jako „argumentum ad absurdum”. Humor dialogów, momentami charakteryzujący mistrzów ciętej riposty, podkreślany jest przez rysunki Kieth’a stosującego tutaj elementy wykorzystywane w komediach slapstick’owych. Jedną z moich ulubionych dysput jest ta pomiędzy Epikurem a młodym Aleksandrem, podczas której, na podstawie podanego przez Aleksandra przykładu największej przyjemności polegającej na, kolokwialnie mówiąc, urżnięciu się w trupa oraz najmniejszej przyjemności osiąganej podczas prawidłowego literowania wyrazów, Epikur wyjaśnia swoją filozofię przyjemności.

Hmmm… sama przyjemność.

Nemesis The Warlock

Pierwotnie opublikowano na stronie 25 listopada 2013

Czarownik Nemesis po raz pierwszy pojawił się w roku 1980 w 167 numerze brytyjskiego tygodnika “2000AD Weekly”. Pierwsze dwa krótkie epizody spotkały się z bardzo dobrym odbiorem czytelników. Dlatego też twórcy Pat Mills (scenariusz) oraz Kevin O’Neall (rysunki) rozbudowali te opowiadania w serię, która doczekała się dziesięciu ksiąg i kilku krótszych epizodów.

Głównymi bohaterami serii są antagoniści – tytułowy demoniczny obcy Nemesis oraz Torquemada władca Ziemskiego Imperium. Ich nieustający konflikt wpływa na losy Ziemi dalekiej przyszłości, kosmosu oraz postaci bliskich obu przeciwnikom. Istotne role w historii tego konfliktu odgrywają bohaterowie innej serii również stworzonej przez Pata Mills’a. Są to ABC Warriors.

Torquemada jest fanatykiem, który robi wszystko, aby poddać eksterminacji wszystkich obcych we wszechświecie. Jego hasło „Be pure, be vigilant, behave!” [„Bądź czysty, bądź czujny, bądź grzeczny!”] wykrzykiwane jest przez jego legiony eksterminatorów podczas dokonywania aktów obcobójstwa. Przeciw niemu występuje Nemesis. Pierwotnie zdający się być przywódcą ruchu oporu, ma on własne cele. Wyznawana przez niego religia Chaosu sprawia, iż będąc pozytywnym bohaterem dostosowuje swoją moralność do sytuacji w myśl zasady, że cel uświęca środki. Przykrywa to stanowiącym jego znak rozpoznawczy zawołaniem „Credo!” [Wierzę!].

Dla mnie, lektura Nemesis obejmuje trzy poziomy.
Po pierwsze, jest to wciągająca, brutalna historia opowiedziana w formule wysoce technicznej science-fiction z wieloma elementami powieści fantasy, a w niej z dominacją miecza i czarów. Po drugie, są to rysunki kilku z najlepszych brytyjskich twórców lat 80-tych i 90-tych (Kevin O’Neall, Brian Talbot, John Hicklenton, David Roach, Jesus Redondo, Henry Flint, Carl Critchlow). Wszyscy z, na przestrzeni lat, zaangażowanych w projekt rysowników wykonali swoje zadanie bardzo dobrze. Ja mam jednak wśród nich trzech mistrzów. Są nimi Kevin O’Neall, którego wyobraźnia i groteskowe rysunki najbardziej pasują do niezwykle specyficznego, czarnego poczucia humoru Mills’a, John Hickleton z rysunkami pełnymi ekspresji i dynamizmu oraz Clint Langley z jego kolorowymi planszami do opowiadania „Hammer of the Warlocks” (2011).
Po trzecie, jest to jakość scenariusza wraz z dialogami charakterystycznymi dla czarnego humoru Pata Mills’a, który dodatkowo bawi się i znaczeniami symboli, i znaczeniami słów. Niejednokrotnie wprowadzany przez niego zabieg polega na tym, że oczy czytają jedno, ale jednocześnie kontekst oraz istnienie dwóch lub więcej słów o takiej samej wymowie wprowadzają dodatkowe, pasujące do sytuacji/historii znaczenia. Częstym zabiegiem Mills’a jest umieszczanie dwóch w jednym. Przykładem niech będzie nazwa planety Termight. Z jednej strony, fonetyczne skojarzenie nasuwa się wobec sytuacji, w której nazwa ta pojawia się po raz pierwszy, tj. w odniesieniu do planety podziurawionej tunelami transportowymi tak jak wielka termitiera [termite = termit]. Nieco później dowiadujemy się, iż planetą tą jest Potężna Ziemia [Mighty Terra = w skrócie Termight]. Oba słowa „termite” oraz „termight” wymawia się jednakowo.
Jeden plus dwa plus trzy … Credo!

Little Nemo in Slumberland

Pierwotnie opublikowano na stronie 12 października 2013

Odkąd pamiętam, to znaczy od pojawienia się w roku 70-którymś w jednej z gazet (to była chyba „Polityka”) artykułu na temat tego i innych komiksów amerykańskich, chciałem przeczytać jakieś większe jego fragmenty, a zdobycie choćby jednego z papierowych wydań stało się moim marzeniem. Artykuł został zilustrowany czarno-białą reprodukcją jednej ze stron tego komiksu. Do dzisiaj pamiętam jak niezwykłe wrażenie wywarła na mnie ta strona. Była zupełnie inna od stron w komiksach, które do tamtej pory widziałem. Prezentowała nowatorskie ułożenie kadrów na planszy, ich wzajemne (a raczej akcji na nich) przenikanie się oraz pięknie rozrysowane w idealnej perspektywie i proporcjach detale tła (w tym architektury) i postaci. No, i sama opowiadana historia … jej senny surrealizm. Emocje wzbudził dodatkowo fakt, że strona ta powstała u zarania wieku dwudziestego.

Chęć zapoznania się z tym komiksem, ba … posiadania choćby kilku odcinków, pomimo tego, że nie natrętna, stale pozostawała w mojej głowie. Czekała ona na odpowiedni moment. Ten nadszedł w roku 1998, kiedy to na półce mojego ulubionego sklepu komiksowego w Londynie dostrzegłem okładkę wydanego przez Fantagraphics Books albumu „The Complete Little Nemo in Slumberland vol. 1: 1905-1907” Windsor’a McCay. Klik … i bez chwili namysłu rozstałem się z jednym z banknotów z wizerunkiem królowej Elżbiety.

Rozpoczęta przez Fantagraphics seria albumów zawiera wszystkie odcinki komiksu Windsor’a McCay „Little Nemo In Slumberland”, które co tydzień były publikowane w „New York Herald” (lata 1905-1911), w „New York American” pod zmienionym tytułem „In the Land of Wonderful Dreams” (lata 1911-1914) i pod przywróconym pierwszym tytułem ponownie w „New York Herald” (lata 1924-1926). Prezentowane w albumach strony komiksu, w ich oryginalnym rozmiarze i odrestaurowanych kolorach, głaszczą poczucie estetyki czytelnika. Uhmm … do tego opowiadane historie … .

Każdy z jednostronicowych odcinków komiksu przedstawia sen małego Nemo (po łacinie „Nikt”), który zawsze kończy się w ostatnim kadrze w momencie, gdy chłopiec budzi się sam (najczęściej spadając z łóżka), lub jest budzony przez któregoś z członków jego rodziny, którzy łajają go za to, że hałasując w nocy nie daje im spać. Pierwsze sny stanowią podróż Nemo do krainy snów rządzonej przez króla Morfeusza. To on stara się ściągnąć tam Nemo, aby ten stał się kolegą zabaw jego córki Kamili. Pierwotnie, przyczyną przebudzeń chłopca były sytuacje grożące mu śmiercią, kalectwem lub innym nieszczęściem. Gdy w swoich snach dotarł już do królestwa Morfeusza i rozpoczął nowe senne przygody, także w innych wyimaginowanych światach, najczęściej był budzony przez pojawiającego się w ostatnim kadrze osobnika o imieniu Flip, który przez wiele odcinków nosił kapelusz z napisem „Zbudź się!”.

Wydawać by się mogło, że ten kolorowy, pełen bajecznych wizji i postaci, opowiadający o przygodach małego chłopca komiks jest fantazją dla dzieci. Senne marzenia Nemo zaczynają się niewinnie i często bajkowo przyjemnie. Jednak, wkradający się do nich mroczny surrealizm przeradza bajkowe wizje w niesamowite zagrożenia. To sprawia, że „Mały Nemo w krainie snów” nie jest bajką.

Dla mnie jest on natomiast jednym z niezaprzeczalnych arcydzieł w dotychczasowej historii komiksu.

Akiko

Pierwotnie opublikowano na stronie 09 października 2013

Ta seria komiksowa jest ciekawym połączeniem rysunku japońskiego i klasycznego amerykańskiego z jednej strony oraz mieszanką klimatów „Czarodzieja z Oz” i „Gwiezdnych wojen” z drugiej. Amerykański twórca Mark Crilley stworzył ją z myślą o dorosłych, ale wspaniale nadaje się ona do czytania również przez dzieci.

Główną bohaterką komiksu jest 10-letnia japońsko-amerykańska dziewczynka Akiko, która zostaje zaproszona na planetę Smoo przez jej króla Froptoppitt’a pod pozorem potrzeby uratowania jego syna, Księcia planety Smoo. Jedynie Akiko może go odnaleźć i uratować przed niebezpieczeństwem. Towarzyszami jej wyprawy zostają: oczytany profesor Mr. Beeba, odważny ale impulsywny były pirat Spuckler, zużyty ale miły robot Gax oraz będący lewitującą purpurową głową Tooglianin o imieniu Poog. Wyprawa okazuje się być dla Akiko pozytywnie zdanym testem na przyszłą żonę Księcia Froptoppitt’a, który jest w niej bardzo zakochany. Autor komiksu nie wyjaśnia jak i dlaczego właśnie Akiko doznała zaszczytu bycia wybranką młodziutkiego księcia z odległej planety. Ale tak, jak w każdej bajce przyjmujemy to za fakt i czytamy dalej. Przekonawszy króla Smoo do tego, że przed podjęciem decyzji o ślubie chciałaby ukończyć naukę w szkole, Akiko powraca na Ziemię. Już wkrótce ponownie wyrusza na Smoo, aby wraz ze swoimi towarzyszami podjąć się, tym razem rzeczywistych, wyzwań. Ich długie i przepełnione przeszkodami podróże wiodą przez egzotyczne, obce miejsca zamieszkiwane przez przedziwne stworzenia. Często sprzeczającym się między sobą podróżnikom, przydarzają się liczne niebezpieczne sytuacje. Jednak zawsze wspólnie, udaje się im z nich wybrnąć.

Syrius Entertainment rozpoczął publikację komiksu w grudniu 1995 od „one-shot’u” zatytułowanego „Akiko na planecie Smoo” (w roku 2000 wznowiony w kolorze). Następnie, do marca 2002 ukazały się 52 odcinki regularnej serii. Zostały one później zebrane w siedmiu TPB.

Pomimo tego, że nie zawierała zbyt wiele typowego dla amerykańskiego komiksu łubu-dubu, seria odniosła sukces wśród amerykańskich czytelników oraz została doceniona przez krytykę. Wielokrotnie nominowano ją do nagrody Will’a Eisner’a.

White Indian

Pierwotnie opublikowano na stronie 01 października 2013

Przygody „Białego Indianina” (White Indian) stanowiły dodatek do serii komiksowej „Durango Kid”. Od listopada 1949 do końca roku 1952, pojawiły się w szesnastu zeszytach tej serii.

Akcja komiksu toczy się w połowie osiemnastego wieku w kolonizowanej przez Anglików Ameryce Północnej. Tytułowym Białym Indianinem jest Dan Brand, mieszkający w Filadelfii kolonista angielskiego pochodzenia. W dniu jego ślubu z Lucy Wharton został on zaatakowany przez Petera Bradforda, konkurenta do ręki Lucy. Wystrzelona przez Bradforda kula uśmierciła pannę młodą. Bradford uciekł na Zachód, jak wówczas jeszcze nazywano ziemie leżące na wschód od rzeki Mississippi. Wiedziony żądzą zemsty, zaraz po pogrzebie swojej niedoszłej żony, Brand udał się za mordercą. Błądząc po dzikich terenach został zaatakowany przez niedźwiedzia, którego zdołał zabić nożem myśliwskim. Rannego i bliskiego śmierci znaleźli Indianie Catawbas, wódz Wielki Jeleń i jego syn Tipi. Indianie zaopiekowali się nim i namówili, aby pozostał z nimi do czasu aż wyleczy rany oraz pozna ich sposoby walki i przeżycia w dziczy. Gdy mijał rok jego życia wśród Catawbas, w okolicy pojawił się handlarz broni i wódki. Był nim Bradford. Akcja potoczyła się szybko. Bradford podstępnie zabił Wielkiego Jelenia, a ścigający go Brand i Tipi dokonali podwójnej zemsty. Zaprzysięgli sobie braterstwo krwi. Od tej pory wspólnie przemierzają Dziki Zachód dokonując bohaterskich czynów i wspierając dążenia kolonistów amerykańskich do uniezależnienia się od Korony Brytyjskiej.

Tak kończy się pierwszy odcinek serii. Nie jestem zbyt mocny w historii powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale jestem przekonany, że każdy kolejny epizod komiksu został oparty o rzeczywiste wydarzenia historyczne (bitwa pod Fort Necessity, powstanie Fort Pitt – obecnie Pitsburg, zniszczenie transportu herbaty w Bostonie, Wielka Masakra na Osadnikach), a pojawiający się w nich główni aktorzy (porucznik a potem generał George Washington, Haym Solomon, Generał Edward Bradock, Generał John Burgoyne) rzeczywiście odegrali istotne role w historii Ameryki Północnej. Postaciami spinającymi te wydarzenia są Biały Indianin i jego brat krwi Tipi. Myślę, że intencją stworzenia tego komiksu, mimo wszystko, nie był aspekt edukacyjny, ale raczej powszechna w pierwszej połowie dwudziestego wieku fascynacja „dzikim zachodem” oraz pionierskim okresem w historii Ameryki.

Głównym powodem zakupu wydanego w roku 2011 przez Vanguard Productions zbioru wszystkich epizodów „Białego Indianina” było dla mnie to, że jego rysownikiem był Frank Frazetta.

Frazetta jest i pozostanie dla mnie synonimem mistrza ilustracji heroic fantasy. Po raz pierwszy, reprodukcje jego obrazów zobaczyłem w roku1979, kiedy to kupiłem kilka tomów opowiadań o Conanie autorstwa Roberta E. Howarda. Kilka lat później udało mi się zdobyć mój pierwszy album z malarstwem Frazetty. Potem następny i następny, i następny, i … .

Z jednego z albumów dowiedziałem się o tym, że, zanim stał się powszechnie znany dzięki swoim obrazom, Frank Frazetta rysował komiksy oraz okładki i ilustracje do książek. Były to komiksy i książki każdego gatunku, od humoresek dla dzieci i młodzieży, poprzez komiksy edukacyjno-moralizatorskie, komiksy wojenne i historyczne, S-F i fantasy do westernów. „Biały Indianin” jest najdłuższą z serii narysowanych przez Frazettę.

Wywodzę się z pokolenia, które fascynowało się światami Dzikiego Zachodu i dzikiej Afryki na równi z podróżami w kosmos. Pomijając tematykę, dla mnie, seria ta jest ciekawa również, dlatego że widać w niej charakterystyczne dla malarskiej twórczości Frazetty dynamizm przedstawianych zdarzeń oraz witalność ich „dzikich” bohaterów.