Philippe Druillet

Pierwotnie opublikowano na stronie 03 sierpnia 2013

Tym razem przedstawię nie komiks, czy serię komiksową, ale twórcę, którego niemal wszystkie dzieła przemówiły do mnie tak bardzo, że umieściłem je w kolekcji.

Ponieważ nie znam języka francuskiego, w komiksach z tego obszaru językowego interesuje mnie głównie ich strona graficzna. Oczywiście dotyczy to tych komiksów, których przetłumaczone wersje nie ukazały się w językach polskim lub angielskim, z którymi to radzę sobie najlepiej.

Autorem komiksów, w którego pracach strona graficzna odgrywa dominującą rolę, co przejawia się cyzelowaniem szczegółów oraz wysoce artystycznym podejściem do kompozycji strony, jest Philippe Druillet.

Z grafiką Druillet’a po raz pierwszy zetknąłem się w roku 1982 kupując grę fantasy „Labirynt śmierci” opublikowaną w Polsce przez firmę Encore. Szczerze mówiąc, okładka zainteresowała mnie bardziej niż sama gra. Wkrótce dowiedziałem się, że autorem wykorzystanego rysunku był Philippe Druillet, a kadr pochodził z jego albumu komiksowego „Yragael”. Nie mam tylko pewności, czy Encore wykorzystała oryginalny rysunek Druilleta, czy też ich grafik jedynie go odwzorował. Dzisiaj nie mogę tego sprawdzić, gdyż nie posiadam już tej gry. Tak czy owak, od tamtej pory, nazwisko tego twórcy znajdowało się na mojej „muszę-to-mieć” liście. Ponieważ w tamtym okresie nie miałem możliwości skorzystania z zakupu u źródeł (krajów Beneluksu nie miałem okazji odwiedzić, a na internet taki, jakim go znamy dzisiaj, trzeba było czekać jeszcze przez wiele lat), moje poszukiwania trwały długo. Moja cierpliwość została nagrodzona niemal dekadę później podczas jednego z targów komiksowych w Londynie, gdzie z pudła ze starymi albumami udało mi się wygrzebać dwie pozycje w … yes! … języku angielskim. Były to dwa albumy zawierające po dwie opowieści „Lone Sloane” i „Delirius” oraz „Yragael” i „Urm”.

Kilka lat później, korzystając z uprzejmości warszawskiej księgarni Marianna, która specjalizuje się w literaturze francuskiej, zamówiłem kilka kolejnych albumów. Tym sposobem, jedna z pozycji na mojej „muszę-to-mieć” liście została zrealizowana.

Zainteresowanych twórczością Druillet’a odsyłam do opublikowanego w internetowym magazynie KZ obszernego tekstu Tomka Brzozowskiego. Materiał, który polecam, znajduje się tutaj.

ACE Trucking Company

Pierwotnie opublikowano 18 lipca 2013

Dokądkolwiek, kiedykolwiek!
To jeden ze sloganów marketingowych kosmicznej firmy transportowej Ace Trucking Co. Jej właścicielem i jednocześnie kapitanem transportowca Speedo Ghost jest spiczasto-głowy Ace Garp. Jego załogę stanowią ochroniarz GBH (Dead), który uważa się za istotę martwą, szkieleto-podobny Feek the Freek pełniący obowiązki mechanika pokładowego oraz tryskający sarkazmem komputer pokładowy Ghost. Do ekipy dołączył jeszcze Chiefy the Pig-Rat, który, pomimo tego, że ustawicznie ubliża Feek’owi, jest jego najlepszym przyjacielem.

Tej grupy indywiduów niezwykłe przygody w różnych zakątkach kosmosu można było śledzić na stronach brytyjskiego tygodnika „2000AD Weekly”, począwszy od jego 232 numeru. Seria „Ace Trucking Co.” została stworzona przez scenarzystów Johna Wagnera i Alana Granta oraz rysownika Massimo Belardinelli (jedną zamkniętą historię narysował Ian Gibson). Na przestrzeni lat 1981-1988 powstało 650 stron tego komediowego komiksu s-f. Ciekawe jest to, że w momencie, gdy scenarzystom znudził się ten projekt i kilkakrotnie próbowali doprowadzić do zamknięcia serii, czytelnicy magazynu „2000AD Weekly” nie pozwolili na to.

Komiksy prezentowane na łamach „2000AD Weekly” zawierają dużą dozę angielskiego czarnego humoru. Jest to szczególnie charakterystyczne dla serii publikowanych w latach 70-tych do 90-tych. To właśnie ten humor i zabawy słowne, obok scenariuszy i niesamowitych czarno-białych rysunków przedstawiających historie inne od znanych mi wtedy głównie amerykańskich, polskich i nielicznych europejskich komiksów przełomu lat 70tych i 80-tych, przyciągnęły mnie do 2000AD.
Ace Trucking Co. nie zawierało dozy humoru. Z założenia, poczynając od scenariusza Wagnera i Granta, poprzez wymyślony przez nich futurystyczny CB-radio slang Ace Garpa, kończąc na rysunkach Belardinellego specjalizującego się w przedstawianiu wszelkiej maści dziwnie wyglądających obcych, ta seria w całości była kosmiczną (w obu znaczeniach słowa „kosmiczny”) komedią.

Bardzo lubię wracać do tego komiksu. Szczególnie skupiam się na CB-radiowych dialogach Ace Garpa. Staram się na nowo je odczytywać sprawdzając, jak tym razem je odbiorę. Kilku z moich znajomych anglojęzycznych fanów komiksu przyznało mi się, że oni również mieli trudności w natychmiastowym rozumieniu niektórych wypowiedzi Ace’a.

Serię udało mi się skompletować głównie w postaci reprintów w magazynie „The Best of 2000AD Monthly”. W latach 2008 i 2009 firma Rebellion opublikowała dwa tomy zawierające wszystkie odcinki „Ace Trucking Co.”

Domu: The Dreams of Children

Pierwotnie opublikowano 10 lipca 2013

Mangę „Domu”, jej brytyjskie wydanie z roku 1994 (Mandarin Paperbacks), kupiłem kierując się nazwiskiem autora. Po tym, jak wcześniej skompletowałem i przeczytałem „Akirę” (kolorowe wydanie firmy Dark Horse Comics, 1989) byłem przekonany, że cokolwiek wyszło spod pióra i ołówka Katsuhiro Otomo stanowi dobrą lekturę. Poza tym, bardzo lubię japońską SF.

Podobnie jak w „Akirze”, główni bohaterowie „Domu” mają zdolności telekinetyczne i parapsychiczne. Akcja tej sensacyjno-kryminalnej powieści toczy się w olbrzymim apartamentowcu. Dochodzi tam do serii tajemniczych zgonów mieszkańców. Prowadzone policyjne śledztwo nie daje rezultatów. Czytelnik dowiaduje się, że za zgonami stoi stary mieszkaniec budynku znany jako Stary Cho. Wykorzystując posiadane zdolności telekinetyczne prowadzi on dziecięcą zabawę polegającą na odbieraniu fantów od pokonanych przeciwników. Tyle, że w zabawie prowadzonej przez Starego Cho pokonani nie są świadomi uczestnictwa w grze, a pokonanie ich polega na doprowadzeniu ich do śmierci (najczęściej w drodze wypadku mającego znamiona samobójstwa). Na drodze Cho staje dziewczynka Etsuko, która właśnie wprowadziła się do budynku. Ona także posiada zdolności telekinetyczne i parapsychiczne …

Nie pomyliłem się.

The Hands of Shang-Chi, The Master of Kung Fu

Pierwotnie opublikowano 07 lipca 2013

W połowie lat 70-tych XX wieku świat zachodni przeżywał fascynację kulturą Dalekiego Wschodu, w tym sztukami walki wywodzącymi się z Chin, Japonii, Filipin czy Tajlandii. Fascynacja ta dotarła również do Polski. Zaczęliśmy poznawać coś więcej niż popularne judo. Pierwszym filmem karate, jaki trafił do polskich kin był japoński „Cobra” z 1976 roku. Opowiadał on o japońskim inspektorze policji, ekspercie karate, walczącym z japońską mafią. O Bruce Lee usłyszałem rok wcześniej, kiedy to wpadło mi w ręce kilka numerów brytyjskiego magazynu „Kung-Fu Monthly”, od roku 1974 wydawanego przez Dennis Publishing w Londynie. Film „Wejście smoka” (1973) sprowadzono do polskich kin dopiero w roku 1982. Fabułę tego filmu zna już chyba każdy.

Tak połknąłem bakcyla sztuk walki. Rozwijające się zainteresowanie spowodowało, iż w roku 1979 bez większego namysłu skorzystałem z okazji i kupiłem kilkanaście numerów komiksu „The Hands of Shang-Chi, The Master of Kung Fu” wydawanego przez Marvel Comics Group. Do zakupu przekonały mnie tematyka, główna postać komiksu wzorowana na Bruce Lee oraz rysunki Paul’a Gulacy. Natomiast scenariusze Dough Moench’a spowodowały, że na przestrzeni kilkunastu kolejnych lat skompletowałem całą serię wraz z Annual’em i zeszytami Gigant-Size.

Shang-Chi pojawił się w roku 1973, na fali wspomnianego wyżej zainteresowania kulturą Dalekiego Wschodu, w 15 i 16 numerze „Special Marvel Edition”. Autorem scenariusza był Steve Englehard a rysunki wykonał Jim Starlin. Od numeru 17 seria zmieniła tytuł na „The Hands of Shang-Chi, The Master of Kung Fu” i stała się sukcesem komercyjnym Marvel’a. Wspomniani przeze mnie Moench i Gulacy przejęli serię od numeru 22. Moench napisał scenariusze aż do zeszytu numer 122 włącznie. Wkrótce potem, numerem 125 zakończono serię (rok 1983). Rysownikami serii, oprócz Starlina i Gulacy’ego, byli Jim Craig, Keith Pollard, Mike Zek, William Johnson oraz Gene Day.

Tytułowym bohaterem komiksu jest Chińczyk Shang-Chi, wychowany i wyszkolony przez swojego ojca, doktora Fu Manchu, jako jedno z narzędzi realizacji jego zamierzeń zdobycia władzy nad światem. Jednak po wykonaniu pierwszego zleconego zadania, młody Shang-Chi zorientował się w charakterze prawdziwych zamiarów ojca. Wtedy to zaprzysiągł, iż uczyni wszystko, aby nie dopuścić do realizacji jego ambicji. Shanga zwerbował wtedy wywiad brytyjski i został on członkiem MI-6. Głównym wątkiem serii jest walka z Fu Manchu i jego sektą zabójców Si-Fan. Jednak Marvel nie byłby Marvel’em gdyby nie doprowadził do skrzyżowania pięści pomiędzy Shang-Chi a kilkoma ze swoich flagowych superbohaterów, takimi jak: Spider-Man, Man-Thing, Jack of Hearts, Doctor Doom, Black Widow czy Nick Fury, a nawet ROM. Po ostatecznej walce z ojcem, Shang-Chi rozstał się z MI-6 by osiąść w chińskiej prowincji Kwang Tung i tam prowadzić życie rybaka.

Marvel nie pozwolił Shangowi pozostać bezczynnym. W roku 1991 pojawił się jeden numer „The Return of Shang-Chi, Master of Kung Fu” (sc. Dough Moenh, rys. David i Dan Day), a dwa lata później sześcio-odcinkowa miniseria „Master of Kung Fu” (Moench & Gulacy).

Przygody Shang-Chi, inne od tych z serii zeszytowej, stanowiły również istotny element zawartości czarno-białego miesięcznika “The Deadly Hands of Kung Fu” (33 zeszyty w latach 1974-1977).

Huckleberry Hound

Pierwotnie opublikowano 25 czerwca 2013

„I kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate. Te, co skaczą i fruwają na nasz program zapraszają”. Tymi słowami piosenki, których autorem była Maria Terlikowska, w poniedziałkowe popołudnia lat 70-tych, przed ekrany telewizorów zwoływano młodocianych miłośników przyrody. Tak rozpoczynał się skierowany do dzieci i młodzieży telewizyjny program przyrodniczy „Zwierzyniec”.

Pamiętam gawędy pana Michała Sumińskiego – myśliwego i miłośnika zwierząt (jeżeli te dwie rzeczy mogą iść w parze). Pamiętam je, dlatego że dla mnie stanowiły one denerwujący wstęp do głównego punktu programu – do kreskówek wytwórni Hanna-Barbera. Filmy przyrodnicze wolałem oglądać w innych programach: „Z kamerą wśród zwierząt” państwa Gucwińskich oraz „W świecie przyrody” (chyba taki miał tytuł). Natomiast, w przypadku „Zwierzyńca”, z niecierpliwością czekałem na to, aż pan Michał skończy skradać się, chrząkać, chrumkać, pirlać, tirlać, bzyczeć, ćwierkać, świstać, kwilić, pitpilitać i pimpilić … Pomijając ten szczegół, „Zwierzyniec” kojarzy mi się, przede wszystkim, z psem Huckleberry, myszkami Pixie i Dixie oraz kotem Jinksem, misiem Yogi, gorylem Magilla, Augie Doggie…

To była chyba szósta klasa podstawówki. Okazało się, że istnieją komiksy z bohaterami filmów Hanna-Barbera. Jedna z moich koleżanek z klasy przyniosła do szkoły amerykański zeszyt „Huckleberry Hound”. Dzisiaj nie pamiętam już tego, co dałem jej w zamian, aby zdobyć ten komiks. Na pewno, nie było to byle co, gdyż w tamtych czasach gotów byłem dać wiele za interesujący mnie egzemplarz. Najprawdopodobniej, był to wtedy jedyny taki zeszyt w Szczecinie. Obecnie posiadam kilka zeszytów i darzę je sentymentem. Myślę, że mój sentyment jest większy od tego, jaki moje dzieci będą miały (jeżeli w ogóle) w stosunku do komiksów „Kaczor Donald”.

Wydawcami komiksów z bohaterami kreskówek Hanna-Barberra były: firma Dell, następnie Gold Key i Charlton.

Toaletnicy – czyli politycy na wakacjach

Pierwotnie opublikowano 25 czerwca 2013 roku

Ten wpis jest efektem przypadkowego zajrzenia do „archiwum rzeczy dziwnych”.
Myślę, że każdy ma takie archiwum w domu, nawet, jeżeli świadomie go nie utworzył. Znajdują się tam rzeczy zakupione lub otrzymane, co do których możemy mieć tylko jedno pytanie: „a na co mi to?”.

Tym razem, znalazłem, mogący uchodzić za komiks a umieszczony jako powtarzalny wzór na rolce papieru toaletowego, zestaw opatrzonych dymkami z tekstem karykatur kilkoro znanych i rozpoznawalnych (w momencie publikacji – rok 2005) polskich polityków.
Wydawca napisał o swoim produkcie, między innymi to: „w ten żartobliwy sposób chcemy wyrazić nasz stosunek do polskiej elity. Naszym zdaniem odpowiada on oczekiwaniom społeczeństwa wobec znacznej części polityków”.
No taaak…nawet, jeżeli mój stosunek do polityków ówcześnie dominujących w mediach i niestety również w polityce, mógł być zbliżony do tego sugerowanego przez wydawcę, to z punktu widzenia mojego hobby muszę teraz zapytać sam siebie: Po co ja to kupiłem? Tak naprawdę, to jest to produkt do d#@*y.
Z drugiej strony, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może przyda się to jako droga rezerwa na wypadek braku…? Oby mi się tylko udało ponownie to odnaleźć w momencie nadejścia „potrzeby”.

Little Annie Fanny

Pierwotnie opublikowano 24 czerwca 2013

Nie pamiętam dokładnie roku, ale było to w pierwszej połowie lat 70-tych, jakoś tak między siódmą a ósmą klasą podstawówki. Mój wujek wyjeżdżał w delegację do USA i zapytał mnie o to, co chciałbym dostać w prezencie. Bez namysłu odpowiedziałem, że jakiś komiks.

Był to czas, gdy podobnie jak cała reszta moich rówieśników, coraz większym zainteresowaniem darzyłem płeć przeciwną. Myślę, że mój wujek też kiedyś był dojrzewającym chłopakiem, bo to, co mi przywiózł zupełnie mnie zaskoczyło. Otrzymałem numer miesięcznika Playboy, a w nim … dwa w jednym!

Nie wiem, co ucieszyło mnie bardziej, więc wymienię w przypadkowej kolejności: trzy strony komiksu Little Annie Fanny oraz galeria fotografii i „rozkładówka” z dziewczyną miesiąca. Hm … a może jednak bardziej przypadkowa kolejność to: galeria fotografii i „rozkładówka” z dziewczyną miesiąca oraz trzy strony komiksu Little Annie Fanny.

Serię o Little Annie Fanny stworzyli Harvey Kurtzman i Will Elder. Pierwszy odcinek ukazał się w roku 1962 w październikowym numerze Playboy’a. Na przestrzeni lat, współautorami serii byli Jack Davis, Sarah Downs, Russ Heath, Larry Siegel, William Stout, Paul Coker Jr., Frank Frazetta, Al. Jaffee, Bob Price i Arnold Roth.

Komiks opisuje przypadki Annie Fanny, która jest wysoką, kształtną, naiwną blondynką. W każdym epizodzie znajduje się ona w sytuacjach doprowadzających ją do negliżu, podczas gdy napaleni faceci próbują wykorzystać te nadarzające się sytuacje, często sami będąc ich prowodyrami. Ujęty w takie ramy komiks, w satyryczny sposób odnosił się do aktualnych wydarzeń z news’ów, do wydarzeń kulturalnych (Beatlemania, Gwiezdne Wojny, Rambo, Poszukiwacze zaginionej arki, tp.), do tematów społecznych (hippisi, plaże nudystów, streaking, front wyzwolenia gejów i lesbijek, narkomania), sportu (olimpiada). Na jego stronach pojawiali się znani muzycy, piosenkarze, aktorzy, sportowcy, biznesmeni i politycy.

Nie wiem jak to się stało, ale mój pierwszy egzemplarz Playboya nie zachował się w mojej kolekcji. Dlatego ucieszyła mnie inicjatywa wydawnictwa Dark Horse. W roku 2001 wydało ono pierwszy, a rok później drugi tom, w których zebrano wszystkie, opublikowane na przestrzeni lat 1962-1988, odcinki komiksu o Annie Fanny. Jednym z bonusów tego wydania jest swego rodzaju dzienniczek, w którym przedstawiono tło powstania niemal każdego epizodu komiksu. To pomaga, szczególnie młodszym czytelnikom, w poznaniu/zrozumieniu sytuacji, wydarzeń lub tematów stanowiących kanwę danego odcinka. Satyryczne odniesienia do rzeczywistych wydarzeń powodują, że komiks o Annie Fanny jest dobrą rozrywką. Nie tylko ze względu na jego występującą głównie w negliżu bohaterkę.

Czarno na białym

Pierwotnie opublikowano 27 maja 2013

Latem roku 1995 przeprowadzałem remont domu. Pomagał mi w tym jeden z sąsiadów – mieszkający o przysłowiowy rzut kamieniem starszy pan będący prawdziwą „złotą rączką”. Gdy poszedłem do niego, aby mu podziękować za wykonaną pracę, zastałem go w ogrodzie. Chwilę rozmawialiśmy i wtedy spojrzałem w otwarte okno pokoju. Tam zauważyłem sztalugę ze stroną komiksową formatu A2. Przed sztalugą siedział mężczyzna i kładł tusz na rysunki wykonane ołówkiem.
– Dzień dobry, nazywam się Andrzej Baron. Interesuję się komiksem. Czy mogę chwilę popatrzeć?
– Dzień dobry, Piotr Drzewiecki. Proszę bardzo.

Obserwowałem jak powstawała jedna ze stron komiksu „Popularne”. Potem rozmawialiśmy chwilę. Już miałem się żegnać, gdy w kąciku obok sztalugi zauważyłem otwarty karton a tam okładkę z tytułem „Czarno na białym” i logo „Nowa fala polskiego komiksu”. Był to autorski album komiksowy Piotra Drzewieckiego, który został rok wcześniej wydany przez samego autora. Autor-wydawca zawiózł cały plecak tej publikacji na Festiwal Komiksu w Łodzi ’94 i sprzedał go na pniu. Jeżeli na chwilę zapomnimy o kserowanych lub drukowanych na powielaczu zbiorkach Andrzeja Mleczki „Porno dla ubogich” oraz fanzinach, np. „AQQ”, to w tamtym czasie, publikacja tego rodzaju stanowiła totalne novum i zaskoczenie. Po pierwsze, profesjonalny skład i druk. Po drugie, format A4. Po trzecie, własna inicjatywa autora. Po czwarte, jakość zawartości.

„Czarno na białym” jest zbiorem żartów rysunkowych i, przede wszystkim, krótkich form komiksowych. Piotr Drzewiecki specjalizuje się w czarnym humorze i karykaturze. Po mistrzowsku stopniuje i zaskakuje pointą. W swojej pracy, czuje się on dobrze w każdym stylu rysowania, od karykatury do rysunku realistycznego. Sprawnie wykorzystuje te style, w zależności od tego, jaki efekt chce uzyskać w konkretnym przypadku. Jednak na wszystkich stronach jego albumu odciśnięte jest to coś, co pozwala na jednoznaczne rozpoznanie jego ręki.

Album „Czarno na białym” zajmuje w mojej kolekcji specjalne miejsce z kilku powodów, tj.: sytuacji, w jakiej został nabyty, zawartej w nim dedykacji oraz rozpoczęcia znajomości, która doprowadziła do wspólnego opracowania i wydania albumów „Czarno na białym II”, „Bayki”, „Prima Aprilis” oraz pierwszych numerów magazynu „Znakomiks”.

Fosdyke Saga

Pierwotnie opublikowano 22 maja 2013

„Saga rodu Fosdyke” to seria pasków komiksowych stworzona przez angielskiego rysownika satyrycznego Billa Tidy. Pojawiały się one w dzienniku The Daily Mirror w latach 1971-1985. Komiks ten stanowi parodię „Sagi rodu Forsyte” John’a Galsworth’a.

Akcja komiksu toczy się w latach 30-tych XX wieku. Opowiada ona historię rodziny Fosdyke, która odziedziczyła bogactwo imperium Bena Ditchley’a. Spadek ten był fanaberią starego Ditchley’a, który postanowił wydziedziczyć swego marnotrawnego syna Rogera. Poniżony i wydziedziczony Roger Ditchley pała ślepą nienawiścią do całej, licznej, rodziny Fosdyke’ów. Na wszelkie możliwe, sposoby stara się on zdyskredytować Fosdyke’ów, zniweczyć ich przedsięwzięcia, pozbawić ich życia i, przede wszystkim, odzyskać spuściznę po ojcu. Jego niecne plany nie powodzą się, pomimo podejmowania najbardziej wyszukanych metod i zatrudniania najbardziej wrednych, a jednocześnie niekompetentnych, pomocników.

Siedzibą rodu Fosdyke jest angielskie, przemysłowe miasto Salford z jego dymiącymi kominami i wszechobecną sadzą. Głowa rodu, Jos Fosdyke, kontynuuje dzieło starego Ditchley’a zarządzając i powiększając imperium, którego bogactwo opiera się o produkcję i sprzedaż … flaczków.

Uwielbiam angielskie poczucie humoru. To, co dzieje się na stronach tego komiksu jest zachwycająco ekstrawaganckie. Akcja toczy się nie tylko w samym Salford, ale, za sprawą Josa Fosdyke i jego pomysłów na promocję flaczków, przenosi się również do odległych i zadziwiających miejsc na Ziemi. Oto kilka z wątków:
… zawody i konkurencje przeprowadzone na stadionie Salford w celu wyłonienia spośród tysięcy aplikantów męża dla córki Fosdyke’a …
… poszukiwanie i utrwalanie rynków zbytu flaczków, np. w Drakulandii, w rodzącej się Trzeciej Rzeszy, w Hong-Kongu …
… podejmowane przez Ditchley’a próby zabójstwa Fosdyke’ów, np. poprzez zrzucenie im na głowy fortepianu, stołu bilardowego czy w końcu lokomotywy, albo poprzez poszczucie morderczymi pekińczykami …
… marketingowe umieszczanie porcji flaczków, np. na biegunie północnym, w najgłębszym rowie oceanicznym, na legendarnym cmentarzysku słoni, w aktywnym wulkanie …
… ekstrawagancje pani Fosdyke, np. sklepowe kradzieże, promocja frontu wyzwolenia kobiet nagim marszem w Salford …
… kryzys społeczny wywołany brakiem flaczków …

Saga była systematycznie zbierana w tomy publikowane przez Mirror Books. Pierwszy z czternastu tomów wydano w roku 1972. Następne ukazywały się z częstotliwością jednego na rok.

Cinco por infinito

Pierwotnie opublikowano 19 maja 2013

Gdy w roku 1984 kupiłem pierwszy numer komiksu „Zero Patrol” opublikowanego przez wydawnictwo Continuity Comics, którego założycielem i właścicielem był Neal Adams, przeżyłem déjà vu.

Zaraz, zaraz…Przecież ja już widziałem ten komiks daaaaawno temu. Uczęszczałem jeszcze wtedy do szkoły podstawowej. Ale tamten komiks był czarno-biały. Sprawdziłem więc stopkę, a tam: „oryginalna historia i grafika Esteban Maroto, teksty i dodatkowe rysunki Neal Adams, kolor Polly Law”. Nie dało mi to spokoju. W wolnej chwili dałem nura do mojej biblioteczki i … bingo!

W roku 1970, w 4-tym numerze szwedzkiej serii „Kilroy” zamieszczono reprint pierwszego, czarno-białego odcinka komiksu „Cinco por infinito” autorstwa hiszpańskiego rysownika Estebana Maroto. Tworzył on tę historię na przestrzeni lat 60-tych XX wieku. Jej reprinty zostały opublikowane w Szwecji, Włoszech, Portugalii, Argentynie, Brazylii.

„Zero Patrol” został oficjalnie opracowany i wydany w oparciu o komiks Maroto. Rzeczywiście były to rysunki Maroto, ale w wielu miejscach Neal Adams dokonał zmian: a to wyrazu twarzy, a to ubrania, a to dodał lub ujął coś z kadru. Wszystko po to, by zaadoptować komiks do zaprezentowania go nieco młodszym odbiorcom.
Numery „Zero Patrol” pojawiały się sporadycznie na przestrzeni lat 1984-1989. Seria zakończyła się wraz z numerem 5 (średnio jeden zeszyt rocznie !).

Minęło prawie trzydzieści kolejnych lat i proszę … Hiszpańskie wydawnictwo Ediciones Glénat zebrało wszystkie epizody komiksu narysowanego przez Maroto w jednym, wielkim, ponad 500-stronicowym, oprawionym w twardą okładkę woluminie.
Gratka dla osób lubiących tematykę space opera oraz grafiki doprawione nutką erotyki.

Hiszpański znam na tyle, na ile słowa kojarzą mi się z ich włoskimi (łacińskimi) odpowiednikami oraz na ile udało mi się cokolwiek zapamiętać z obejrzanych hiszpańskich filmów lub krótkich wizyt w tym kraju. Wystarcza mi to jednak do tego, by od czasu do czasu zdjąć z półki i z przyjemnością obejrzeć ten album. Głównie ze względu na jego warstwę graficzną.

Piątka ludzi pochodzących z różnych miejsc na Ziemi została „porwana” przez UFO i zorganizowana w grupę interwencyjną. Ich zadaniem stało się zapobieganie konfliktom lub ich łagodzenie w różnych zakątkach kosmosu. Oczywiście zaczęło się od zapobieżenia zagładzie rodzaju ludzkiego na Ziemi.